10.25.2014

Rozdział 16.

Dochodzi 6 grudnia. Jutro mikołajki. Moi świeccy rodzice zawsze wyjaśniali mi, dlaczego ono jest takie ważne. Pewien siwy pan, który nie miał zbyt dużo pieniędzy, raz w roku chodził po miasteczku i roznosił darmowe rzeczy ludziom w różnym wieku. Nazwali go świętym Mikołajem. Ten miły staruszek ukazywany jest w niejednej bajce, jak i filmie. Oh, mało kto jednak zna prawdziwą historię.
Od dziecka na mojego ojca wołali święty Mikołaj. Chodził on właśnie w ten jeden dzień w roku po ulicy, podrzucał pod pewne drzwi prezenty, chodził do domów dziecka, szpitali i obdarowywał małe szkraby podarunkami od siebie. Nie chcąc nic w zamian, prócz uśmiechu pociech. Wyglądał nawet jak Mikołaj! Miał siwą brodę, mimo młodego wieku, siwiejące włosy i parę zmarszczek. Ciepłe spojrzenie i życzliwy uśmiech towarzyszył mu na każdym kroku. Prócz tego, był pastorem, przez co wiele osób mówiło, że to znak od Boga. Oh, dziękuję, że mam tak wspaniałą osobę, jak mój tato.
Chodzę przez zaśnieżone ulice tego pięknego miasta w poszukiwaniu prezentów. Zakupiłam już dla przyjaciół, a teraz zostało mi znaleźć coś dla rodziców, Martina- dziecka, które zaadoptowali miesiąc temu, czyli mojego przyrodniego braciszka oraz dla Justina. Spoglądałam na różne wystawy zabawek, obrazów, ciekawych rzeczy do wystroju wnętrz, lecz nie przychodziło mi nic oryginalnego do głowy. Pocieszałam się tym, że w głośnikach rozbrzmiewały świąteczne piosenki, które znam na pamięć i podśpiewuję przy każdej, możliwej okazji. Wchodzę do sklepu z ciuchami dla dzieci. Tam postanawiam kupić coś bratu. Wybieram słodki sweterek i do kompletu czarną czapeczkę. Na manekinie wygląda uroczo, więc myślę, że na 5-letnim chłopczyku również będzie. Mamie zakupiłam delikatną bransoletkę, a ojcu zegarek z firmy YES. Teraz Justin. Skupiam się na nim, chodząc od sklepu, do sklepu. Co mogę mu kupić? Ma wszystko. Jest bogaty, może być niezadowolony z prezentu. Olśniewa mnie jednak i z telefonem w ręku, kieruję się do drukarni. Chwilę potem ruszam do kwiaciarni, gdzie pomagają mi dobrać dodatki do prezentu. Z uśmiechem na twarzy pakujemy razem z Cleo prezenty, zawzięcie rozmawiając o zbliżającej się gwiazdce. Mimo tego, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z tą kobietą, mam wrażenie, że znamy się od lat. Dyskutujemy o tym, jak męczące są przygotowywania do takich momentów w roku, ale mimo tego jest co wspominać.
-Dzięki za pomoc, Cleo.- rzucam, kiedy podaję swoja kartę kredytową. -Naprawdę miło było cię poznać.- mówię i wbijam kod. Ona uśmiecha się do mnie i oddaje własność.
-Wesołych świąt.- woła, kiedy wychodzę ze sklepu. Rzucam krótkie "Wzajemnie" i idę w stronę postoju taksówek. Zamawiam jedną z nich i kieruję się do swojego mieszkania. Justin wrócił do pełnego zdrowia, więc z czystym sumieniem i satysfakcją wróciłam na 'stare śmieci'. Wszędzie dobrze, ale we własnych czterech ścianach najlepiej.
Kiedy wchodzę do mieszkania, nie słyszę nic, prócz ciszy. Wzdycham, rzucając klucze na blat i kieruję się do pokoju. Ustawiam ostrożnie pakunki pod łóżkiem i rzucam płaszcz na pobliski fotel. Postanawiam zrobić tutaj radykalną zmianę. Znudził mi się stonowany pokój. Chcę go jakoś ożywić. Mam pełno pomysłów, ale niezbyt dużo czasu. W przerwie między świętami, zajmę się remontem tego miejsca. Odkładane od pewnego czasu pieniądze, wreszcie się przydadzą. 'Miałaś zostawić je na ślub!' krzyczy podświadomość, a ja prycham pod nosem. Jaki ślub?
Zdejmuję ze ściany fotografie i robię im zdjęcia. Postanawiam wystawić je na aukcję. Od dwóch tygodni malowałam mniejsze pejzaże, aby móc iść do pobliskiego domu dziecka i wręczyć je małym dzieciom. To nic z mojej strony, ale dla nich to radość, ponieważ ktoś z zewnątrz zwrócił na nie uwagę. Lubię sprawiać ludziom radość. Szczególnie tym, którzy od początku mają pod górkę.
Przyrządzam lekki obiad, klasyczną pierś z kurczaka  z ziemniakami i sałatką z kapusty pekińskiej. Zajadam się w samotnościach i postanawiam napisać SMS'a do Justina.
Hej kochanie... Wpadniesz na obiad?
Czekam wytrwale na odpowiedź, której nie dostaję. Rzucam więc telefon na blat i wbijam widelec w mięso, przystawiając ją do twarzy. Ostatnimi czasy nie widuję się zbyt często z Bieberem. Coraz częściej tłumaczy, że ma spotkanie do późna albo po prostu pracuje do późna. Widujemy się rzadziej, nie wychodzimy na miasto, a  wspólna kolacja byłaby cudem! Słyszę wibrację, więc odruchowo sięgam po iphona.
Przepraszam, nie dam rady. Jestem zajęty.
Odpisuję.
Kongres?
I w mgnieniu oka odpowiedź.
Nie do końca. Kończę. Pa.
 Oh, okej. Po skończonym posiłku sprzątam i w samotności snuję się od pokoju do pokoju. Dlaczego nie ma Rose? Dlaczego jestem tutaj sama? Nienawidzę tego uczucia. Nienawidzę być sama, kiedy za oknem robi się zimno.
-Mamuś..- wołam do słuchawki, a po drugiej stronie słyszę już cichy uśmiech. -Mogę wpaść?- pytam, nie czekając na jej ochocze przywitanie.
-Pewnie, kochanie! Co to za pytanie? Drzwi są zawsze szeroko otwarte!- rzuca z radością, a ja oddycham z ulgą. -Coś się stało?- ah, ten matczyny instynkt.
-Nie, wszystko w porządku. Jestem po prostu sama w tej chwili.. Wiesz, jak to na mnie działa.- mamroczę, a w odpowiedzi dostaję ciche westchnienie.
-Zapraszam, czekamy na ciebie.- uśmiecham się lekko i rozłączam. Pakuję do torebki potrzebne rzeczy i chwytam w rękę prezenty, które mam do rozdania swojej rodzinie. Zamawiam taksówkę, która, mam nadzieję, zawiezie mnie na lotnisko. Tam zamówię bilet i bezpośrednio dolecę do Rosewood.
Zostawiam krótką karteczkę informacyjną dla Rose, aby się nie martwiła. Chwytam prezenty i pospiesznie biegnę do windy, zamykając po drodze drzwi. Na dole czeka już taxi, więc wsiadam i informuję, na jakie lotnisko ma mnie zawieźć...

Siedzę wygodnie w fotelu, w klasie ekonomicznej. Spoglądam przez okno i podziwiam oddalający się horyzont. Piękne, ośnieżone krainy u mych stóp zapierają dech w piersiach. Oh, uwielbiam grudzień, to cudowny miesiąc, niosący z sobą wiele przyjemnych chwil. Mimo mrozu, który szaleje na dworze, w domach gości ciepło i spokój. Każdy pokazuje swoje uczucia i spędza czas z rodziną... Święta.

Punktualnie o 16 lądujemy na lotnisku Alton. Od niego dzieli mnie około 3 mile do domku rodziców. Na miejscu jednak okazuje się, że cała gromada stoi już nerwowo skacząc z jednej nogi na drugą i wypatrując mnie w tłumie. Podbiegam do nich szybko i rzucam się im na szyję. Mocno przytulam każdego z osobna i całuję.
-Carly!- krzyczy chłopczyk i wskakuje na moją klatkę piersiową. Przytulam go mocniej i głaszczę po jasnych włosach. Odstawiam go na ziemię i chwytam torbę. Następnie czwórką idziemy do dodga ojca. Zasiadam na tylnym siedzeniu, obok brata, a z przodu rodzice. Prowadziliśmy żwawą dyskusję na temat ostatniego meczu Toronto Maple Leafs z Montreal Canadiens. Ojciec zawzięcie opowiadał o ostatnich minutach toczącej się bitwy na lodzie.
-Dlatego nienawidzę takich meczy. Kończą się remisem, a ja nie wiem, komu kibicować.- mruczy, parkując samochód na podjeździe. Spoglądam przez szybę i widzę od lat nie zmieniający się dom. Jednopiętrowa chatka, znajdująca się na uboczu miasta jest idealnym miejscem dla rodziców. Mama w spokoju może wyjść na podwórko i zasięgnąć po dobrą lekturę, nie słysząc klaksonów samochodów. Tata zaś mógł popisać się rzeźbiąc w drewnie. Jego ukryta pasja nie odchodzi w kąt. Z wielkim zapałem siada przed Bożym Narodzeniem i struga do kościoła własną szopkę, wszystkich obecnych przy narodzinach Jezusa, a następnie na honorowym miejscu w kaplicy ustawia je i ozdabia kolorowymi światełkami.
Kieruję się do swojego pokoju, który niegdyś obklejony był w plakaty słynnych zespołów i modelek. Zawsze powtarzałam mamie, że chciałabym iść na Fashion Week do Paryża. Ona nigdy we mnie nie wątpiła, ale niestety, sama zwątpiłam w siebie.
-Spotkałam Mikołaja.- oznajmiłam braciszkowi, biorąc go na górę.
-Tak?- jego źrenice się rozszerzyły, a ja przytaknęłam wolno. -Oh, i co ci powiedział?
-Że muszę przekazać taki pakunek pewnemu grzecznemu chłopczykowi.- cmoknęłam go w czoło, a on zaklaskał w ręce.
-Co to takiego?- spytał entuzjastycznie, a ja wręczyłam mu torebkę. Zajrzał do środka i wyjął ciuszki, a pod spodem ukryłam jeszcze klocki lego. 'Do jego kolekcji.' pomyślałam i znów go uścisnęłam.
-Ale ten święty Mikołaj jest super!- krzyknął. -Napiszę do niego list, żeby mu podziękować!- zawołał, wybiegając z pokoju. Zatrzymał się w samych drzwiach. -Ale ja nie umiem pisać..- burknął smutno.
- Narysuj mu coś.- zaproponowałam, a na twarzy dziecka zawitał kolejny uśmiech. Wzięłam prezenty dla rodziców i zbiegłam po schodach. Weszłam do salonu, gdzie tata czytał gazetę, a mama skakała po kanałach kulinarnych w poszukiwaniu nowych inspiracji.
-Mam coś dla was.- szepnęłam, wchodząc głębiej. Stanęłam przed nimi i wręczyłam kolejno zegarek i bransoletkę.
-Wesołych świąt!- krzyknęłam i mocno ich uściskałam.
-Oh Carl...
-Nie trzeba było.- wtrącił tata, nie dając dokończyć mamie. Tak bardzo ich kocham.
-My też mamy coś dla ciebie.- uśmiechnęła się mama, a ja uniosłam pytająco brew. Tata pociągnął mnie tak, że siedziałam obok, a mama krzątała się przy meblach. Wreszcie znalazła niewielkie pudełko i podała mi je, odsłaniając szereg lśniących, białych zębów.
-Wesołych, kochanie.- ucałował moje czoło, a kiedy otworzyłam je i zobaczyłam kluczyki, zaczęłam piszczeć i skakać.
-O boże! Naprawdę kupiliście mi auto? Boże, dziękuję!- rzuciłam im się na szyję i ruszyłam przed dom. Nigdzie jednak nie widziałam żadnego nowego pojazdu.
-Garaż!- krzyknął ojciec, a ja udałam się tam. Oczom ukazał się piękny, czarny mustang z czerwonym dodatkiem. Auto lśniło się w świetle halogenów, a ja zamarłam. Ten pojazd musiał kosztować miliony! Jest nowe, a kiedy zasiadłam za kółkiem, poczułam intensywny zapach skóry, którą było wyłożone wnętrze. Nowe oprogramowanie samochodu, całkowicie nieużywany silnik. Wszystko nowe i moje.
-Dziękuję wam bardzo.- ocieram spływające łzy.
-Oh, nie płacz.- tuli mnie blondynka.
-Tak bardzo was kocham, za wszystko. A ten prezent... Oh, kto by się spodziewał! Taki wydatek? Przecież musiał kosztować miliony.- mruknęłam smutnie.
-Oh, oszczędzaliśmy od twoich narodzin, a teraz jeszcze wujkowie postanowili się dołożyć i to nie był problem.- poklepał mnie po ramieniu i zaklaskał w dłonie. W tej samej chwili w drzwiach zawitał Martin, trzymając kartkę papieru i kredkę.
-Mogę podpisać cię jako siostra?- pyta niepewnie, a ja entuzjastycznie kiwam głową. Jest z nami od niedawna, a mogłabym rzec, że przyzwyczaiłam się do tego małego potworka. Jest słodkim, grzecznym, kochanym dzieckiem, które nie sprawia żadnych problemów. Wstydzi się mówić do rodziców "mamo", "tato", a do mnie stara się mówić po imieniu, choć czasem potrafi powiedzieć nawet "pani". Cóż, to trudny okres, początki w nowej rodzinie pewnie nie są łatwe. Ale jest mały, szybko się przyzwyczai.
Pokazał mi kartkę, a ja uśmiechnęłam się. Przedstawiał on domek, przed którym stała czwórka ludzi: mama, tata, ja i Martin. Każdy uśmiechnięty od ucha do ucha, trzymający kwiatka.
-Te kwiatki to dla Mikołaja.- wyjaśnił szybko blondyn, a ja przytaknęłam.
-Jest świetny, na pewno się spodoba dobremu staruszkowi.

Siedziałam na górze, po udanej kolacji. Wreszcie włączyłam telefon i uruchomiłam laptopa. W skrzynce czekały na mnie 2 maile. Zaadresowane od nie kogo innego, jak Justina. Telefon zaś zwariował i nie mógł wyrobić z wibracjami, które uruchamiały się za każdym razem, kiedy przychodził SMS. Zerknęłam na niego, a tam również zobaczyłam 6 wiadomości i 11 nieodebranych połączeń. Patrzę na nie i widzę, że Rosalie i Justin próbowali się ze mną skontaktować. Niestety, teraz mam czas dla rodziny, nie mogę znów wracać tam. Mam przerwę. Te dwa dni chcę wykorzystać najlepiej, jak umiem, bez zapracowanego Justina i znikającej na całe dnie przyjaciółki.
______________________
I jest! Rozdział 16, po 15 komentarzach.
Kolejne 15 komów, rozdział 17.
Jestem mega padnięta, bo miałam zwariowany dzień, więc na tym kończę.
Pamiętajcie o zasadzie.
Do napisania soon
Wasza Klaudia

10.14.2014

Rozdział 15.

Wchodzę dumnie do budynku pracy. Witam po kolei swoje znajome, chwilę plotkuję, a następnie ruszam do kafejki, którą otworzyli tutaj niecały miesiąc temu. Starsbuck w naszym wydawnictwie to coś naprawdę dobrego. Wiele pracowników nie traci czasu na to, aby przejść na drugą stronę ulicy i czekać w kilometrowych kolejkach, tylko udaje się tutaj i dostaję napój od razu, kiedy zamawia.
-Poproszę Christmas Blend.- rzucam szybko, kiedy podchodzi do mnie Barbara. Wisi mi na szyi i wymawia wiele słów na sekundę, a ja wyłapuję tylko co poniektóre z nich. Uśmiecham się słabo, kiedy kończy.
-Jakie plany na sylwester?- pyta, trzepocząc energicznie rzęsami. Wzruszam ramionami i odbieram kubek kawy.
-Nie mam pojęcia. Mamy jeszcze miesiąc, na pewno coś wymyślę. A ty?
-Oh!- zaczyna.-Przede mną ekscytująca wycieczka z rodzicami, nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo nie mogę się doczekać tego, aby jechać z nimi w Himalaje. To będzie przygoda życia.- klaszcze w dłonie i zatraca się w opisywaniu krajobrazów, które widziała już w internecie. Jej rodzice są bogaci, dlatego pozwalają sobie na takie wycieczki. Ciepło rodzinnego domu w święta, to nie dla nich. Oni wolą korzystać z życia i bawić się tak, jakby dzisiejszy dzień był ostatnim. Wreszcie winda zatrzymuje się na 12 piętrze, a każda z nas idzie w swoją stronę. Kieruję się na stanowisko Carly MacCartney i zasiadam przed nim. Wzdycham, gdy widzę stertę ustawionych papierów, które muszę posegregować, po podpisywać i ewentualnie odpisać. Oh, moja praca jest naprawdę ciekawa.

Pochłonięta pracą nawet nie zwróciłam uwagi na to, że prócz mnie, nie było w pomieszczeniu nikogo. Jest pora obiadowa, a każdy z nas ma teraz godzinną przerwę. Ja zamiast iść zjeść, zostałam przy stanowisku i kontynuuję porządkowanie spraw. Gdy przypisuję kolejne spotkanie w kalendarzu Justina, czuję czyjś dotyk na szyi, który potem zjeżdża w dół. Nieruchomieję i chwytam szybko rękę. Wtedy widzę wystające zza rękawa fragmenty tatuaży i już wiem, że za mną stoi nie kto inny, jak pan Bieber.
-Nie ładnie mi uciekać z łóżka, kochanie.- szepcze i całuje szyję.
-Proszę cię, mam dużo pracy. Muszę to po przepisywać. Juliet chciała się z tobą pilnie spotkać. Powiedziała, że chce zaprosić cię na kongres w Wiedniu. Odpowiedziałam jej w mailu, że masz tygodniowy urlop ze względów zdrowotnych. Powiedziała - otworzyłam maila i wskazałam idealnie pomalowanym paznokciem na linijkę zdania - że nie ma problemu i życzy szybkiego powrotu do zdrowia.- dodałam i mrugnęłam w stronę Justina.
-Dasz spokój? Chodź, idziemy na lunch.- zaczął ciągnąć mnie za rękę, a ja twardo trzymałam się fotela.
-Nie, proszę. Muszę to dokończyć.- poprawiłam się i znów jeździłam długopisem w tę i z powrotem, w między czasie wykonując parę telefonów. Szatyn stał i ciągle obserwował to, co robię. Gdy wreszcie skończyłam rozmowę z agentami nieruchomości, którzy chcieli umówić się na spotkanie z Justinem, odwróciłam się w jego stronę. On wydął usta i zrobił minę zbitego psiaka.
-No i co ja mam z tobą zrobić?- westchnęłam i wstałam. Justin momentalnie się do mnie przybliżył i mocno wpił w usta. Zaczął jeździć rękami po talii, aż wreszcie usłyszeliśmy głośne chrząkanie. O nie! Przyłapali nas.. W pracy!
-Panie Bieber. Dobrze pana widzieć.- przyznał Samuel, który sprawował tutaj ochronę. Podszedł z ogromnym uśmiechem na twarzy i poklepał go przyjacielsko po barkach.
-Samuel, kope lat bracie!- odwzajemnił jego gest i odsłonił swoje idealne zęby. -Jak żona? Dzieci? Wszyscy zdrowi?
-Żona jest teraz na leczeniu, ponieważ przeszła ciężką operację nerek. Wszystko zmierza w dobrym kierunku, więc módlmy się i bądźmy dobrej myśli, że na święta ją wypuszczą. A dzieci owszem, zdrowe. Dzięki. A jak u ciebie?- Justin skrzywił się i szybko zerknął na mnie.
-Jak widzisz, obficie.- rusza brwiami i ciągle wierci dziurę w mojej sylwetce. -To moja dziewczyna, Carla, ale ją chyba znasz.
-Pewnie, od samego początku. Mała, szczupła, szara myszka, przerodziła się w cudowną, piękną, atrakcyjną kobietę. Aż w oczach się mieni.- przyznaje z dumą, a ja czerwienieję. Pamiętam pierwszy dzień tutaj. Każdy patrzył na mnie, jak na wyrzutka, czułam się tutaj obco. Wmawiałam sobie, że kiedyś się to zmieni, że ja to zmienię. I owszem, udało mi się. Zmieniłam swój styl, stałam się odważna, no i mam niesamowitego mężczyznę przy swoim boku.
-Owszem. Piękna z niej kobieta.- przejechał dłonią po policzku, które rozpalało się pod jego dotykiem. Uśmiechnęłam się nieśmiało i mrugnęłam do Samuela.
-Dobrze było cię widzieć, a teraz wracam do pracy. Powodzenia i szczęścia.- przytulił kolejno mnie i mężczyznę obok, a następnie odszedł. Winda zatrzymała się na naszym piętrze, więc pospiesznie ruszyliśmy do niej, trzymając się za ręce.
-Masz zamiar mówić o nas wszystkim?- uniosłam pytająco brew, wyczekując odpowiedzi. Chłopak zawisł w zamyśleniu i nie odpowiadał. Wbił swe spojrzenie w drzwi, mrugał co chwilę, zacisnął zęby, próbując z czymś walczyć. -Hej, nie musimy o tym mówić.- szepnęłam, kładąc rękę na ramieniu.
-Oczywiście, że nie, ale chcę, aby te wszystkie panny, które wzdychają na mój widok, po prostu się odczepiły.- warknął, poprawiając marynarkę od garnituru.
-Oh.- więc o to mu chodzi. Myślałam, że podoba mu się to życie i fakt, że to ON pociąga za sznurki.
-Ale nie mogę...- rzucił prawie bezgłośnie i spuścił wzrok w dół. Nie może o nas powiedzieć? Dlaczego? Wstydzi się? -Wyprzedzam pytanie. Nie, nie wstydzę się ciebie, po prostu... Nie chcę, abyś przez to przechodziła...
-Przechodziła przez co?- już nic nie rozumiem.
-Nie ważne.- winda zatrzymuje się na parterze, a my entuzjastycznie żegnamy się z Peasley. Wychodzimy przez drzwi, które otwiera nam portier i kierujemy się do limuzyny, która już czeka przed wejściem.
W milczeniu wracamy do mieszkania. Mam chwilę spokoju, aby zastanowić się, o co może mu chodzić. Przechodzić przez co? Co jest takiego, że mogłabym tego nie znieść? Przecież jestem silna...

-Justin, wychodzę. Umówiłam się z Rosalie i Joshem.- rzucam, kiedy zaglądam do jego gabinetu. Nieświadoma tego, że ma gościa... Spoglądam na piękną kobietę, która ostatnio przeszkodziła nam w dość nieodpowiednim momencie. -Oh, przepraszam. Nie wiedziałam..- urywam, błyskawicznie wycofując się na zewnątrz.
-Nie, proszę, wejdź!- woła, zanim zatrzaskuję drzwi. Onieśmielona znów robię krok do przodu, aby stanąć oko w oko z podejrzaną kobietą. -Poznaj Nino, moją dziewczynę.- rzuca w jej kierunku, wskazując ręką na moją sylwetkę. Znów oblewam się rumieńcem i odczesuję kosmyk włosów za ucho. Kobieta bacznie przejeżdża po mojej sylwetce i uśmiecha się perfidnie pod nosem, myśląc że ja tego nie dostrzegam. Ubrana jestem w jasne dżinsy, uwydatniające moje wysportowane nogi, na górę zarzuciłam bordowy sweter i białą bokserkę. Przykryta czarnym płaszczem zimowym i tego samego koloru szalikiem, byłam gotowa do wyjścia.
-Miło mi cię poznać, kochanie.- rzuciła dumnie i nadal miała na twarzy naklejony "specjalny uśmiech dla MacCartney".  Uniosłam brwi, a następnie opuściłam, nie chcąc robić niepotrzebnych sprzeczek.
-Nie będę przeszkadzać, Justin. Wychodzę.- zaczyna podążać w moim kierunku i chwilę potem wpija się w moje usta. Nie odwzajemniam pocałunku, tylko wycofuję się i udaję do drzwi wejściowych. Sznuruję wysokie buty na grubym obcasie i wychodzę, chcąc zapomnieć o tej zdzirowatej kobiecie w gabinecie Biebera.

-Jeszcze jednego proszę.- rzucam do barmana i chwytam podawany mi kieliszek. Przystawiam go do ust i odchylam głowę, dając swobodny dostęp alkoholowi do gardła.
-Hola, nie przesadzaj!- przypomina Rosalie. -Pamiętasz, jak ostatnio się to skończyło? Ah, no tak. Nie pamiętasz!- wywracam oczami i przegryzam wódkę jakąś sałatką, którą dostaliśmy. Josh i Rose są naprawdę szczęśliwi. Nie spuszczają z siebie swoich głodnych spojrzeń, ciągle mówią do siebie słodkie rzeczy, a Covard regularnie co pięć minut przypomina przyjaciółce, że ją kocha.
-Dlaczego nie wyjdziecie z nami z Justinem? Podwójna randka, jak z czasów naszego collegu.- rozmarzyła się brunetka, a ja wzdycham. Tęsknię za tymi beztroskimi czasami, kiedy głównym zmartwieniem była nauka. Teraz doszły rachunki, problemy miłosne, dążenie do celów, itd.
-Oh...- puściłam wzrok w dół, próbując znaleźć odpowiednie słowa, dla obrony mężczyzny. Tak naprawdę ich nie było. Za każdym razem, kiedy próbowałam wyciągnąć go wspólnie na miasto twierdził, że to nie jest najlepszy pomysł. Nie mogę zarzucić mu, że nie spędza ze mną czasu w miejscach publicznych, ponieważ pokazujemy się razem na różnych, hucznych imprezach, o których piszą w gazetach. Prawdopodobnie Justin chroni naszą prywatność. Nie chce, aby zbyt dużo osób wiedziało o naszym związku... -Jest zajęty. Ta tygodniowa przerwa w pracy.. Wiesz, o co chodzi.- wydymam usta, w duchu radując się, że jednak potrafiłam jakoś odpowiedzieć na jej pytanie.
-Ale to nie pierwszy raz.- zauważa Josh. -Przed waszym wylotem do Las Vegas również chcieliśmy z wami wyjść. Ty oczywiście się zgodziłaś, ale co? Przyszłaś bez niego.
-Tłumacząc, że pracuje!- wtrąca zdenerwowana Smith. Oh, skończmy ten temat.
-Macie plany na sylwestra?- zmieniam temat, strategicznie odwracając ich uwagę od tego tematu. Wzdycham z ulgą słysząc ich zaciekłą sprzeczkę, kiedy dokonują poważnych planów do tego dnia. I wtedy również zaczynam się zastanawiać, jak ja go spędzę. Chciałabym spędzić ten wieczór w ich towarzystwie oraz rodziny. To coś, czego naprawdę chcę.
-Wybaczcie.- zerkam na zegarek. -Robi się już późno. Wrócę do mieszkania. Zmówimy się jeszcze. Tym razem z Justinem, obiecuję.- uśmiecham się słabo do przyjaciół, a on spoglądają na mnie z uwagą.
-Obiecujesz?- mruży oczy Rosalie, a ja entuzjastycznie potakuję. Dobra z ciebie aktorka, Carlo! krzyczy podświadomość.
-Dobrej nocy.- wołam i macham im na pożegnanie, wychodząc z lokalu. Idę przez ciemne ulice Nowego Jorku, prosto do apartamentu Justina. W głębi duszy modlę się o to, aby tamtej popieprzonej dziewczyny już nie było. Jest w końcu 23:30, więc nie spodziewam się tak późnych spotkań... Ale kto wie, może Bieber prowadzi takie 'spotkania'? Oh, ale ja jestem podejrzliwa. Krzywię się, oburzona swoim zachowaniem i wyobrażając sobie święta w towarzystwie mamy, taty, ich nowych dzieci i Justina, uśmiecham się.

Wchodzę najciszej, jak potrafię. Zamykam drzwi na klucz, odwieszam płaszcz na wieszak, zdejmuję buty i zamieniam je na ciepłe, miękkie papucie. Naciągam rękawy swetra na dłonie i otulając się ramionami, idę do gabinetu chłopaka. Przed drzwiami zatrzymuję się i nasłuchuję jakichkolwiek dźwięków, które mogą stamtąd dobywać. Oddycham z ulgą, kiedy nic nie słyszę. Otwieram więc delikatnie drzwi i zaglądam zza nich do środka.
-Cześć kochanie.- mruczy, wystukując coś w klawiaturze laptopa. -Późno wróciłaś.- zauważa, spoglądając na złoty zegarek na lewym nadgarstku. Wywracam oczami i wchodzę głębiej. -Kolacja wystygła.- ignorując kolejne jego słowa, ruszam na fotel na przeciwko jego biurka. Usadawiam się wygodnie, podciągając zmarznięte stopy pod pupę. Zaciskam ramiona na klatce piersiowej i obserwuję szatyna. Lekko rozpięta koszula, włosy idealnie postawione do góry, intensywne spojrzenie, przeszywające mnie na wskroś, śnieżnobiałe, równe zęby i splecione przy brodzie dłonie, które podtrzymują głowę. Oblizuję szybko usta i mrugam w jego stronę, dalej nic nie mówiąc. Chciałabym się dowiedzieć, dlaczego Nina jest tutaj co wieczór, ale... Nie powinnam. A może jednak?
-Coś się stało?- pyta, opuszczając ręce na dół i opierając się o oparcie fotela. Zaprzeczam ruchem głowy i uśmiecham się blado w jego kierunku. Ten zaś wstaje i obchodzi stół, stając przede mną. Opiera się tyłem o jego brzeg i zakłada dłonie na torsie.
-Nie.- szepczę, a wtedy dopiero uświadamiam sobie, że jestem pijana, a mróz na dworze pozwolił mi na normalne dotarcie do mieszkania.
-Piłaś?- unosi pytająco brew, a ja wzruszam ramionami.
-Tylko troszeczkę.- pokazuję palcami, jak mało wypiłam i zaczynam chichotać. Mężczyzna kiwa zrezygnowany głową.
-Chodź, zjesz kolację.- chwyta mnie za rękę. Posłusznie wstaję i zaczynam kierować się za nim. Siadam wygodnie na wysokim krześle barowym i wlepiam spojrzenie na krzątającego się po pomieszczeniu brązowookiego. Odgrzewa coś w mikrofali, parzy świeżą herbatę, co jakiś czas spoglądając na mnie. Kiwam się w prawo i w lewo, ale stabilnie trzymam się siedzenia, aby nie upaść na posadzkę.
-Nakarmię cię.- oznajmia, kiedy zajmuje miejsce obok mnie.
-Co? Nie. Sama zjem.- rzucam i odbieram od niego widelec. Wbijam go w makaron i wkładam pospiesznie do buzi. Przeżuwam kęs pysznego dania, przygotowanego prawdopodobnie przez Spencera. Kiedy kończę, wypijam herbatę i znużona odstawiam je do zmywarki.
-Pójdę się wykąpać, a potem idę spać.- oznajmiam i kieruję się w stronę schodów. Nagle unosi mnie do góry i całuje w czoło.
-Umyję ci plecki.- szepcze, a ja znów chichoczę jak dziecko.
-Dam radę sama.
-Ja nie proszę, ja oznajmiam. Biorę dzisiaj z tobą kąpiel.- całuje czule moje usta, kiedy wchodzimy do sypialni. Ruszył do łazienki, aby nalać wody do wanny, a ja w tym czasie przygotowałam świeżą bieliznę, w której ułożę się do snu.
-Gotowe.- rzucił, wchodząc z powrotem do sypialni. Całuje mnie, a następnie chwytając za rękę, prowadzi do pomieszczenia przylegającego do pokoju. Wchodzimy do białej łaźni, która jest cała powita w parze. Czuję ciepło, które otula wyziębłą twarz. Justin kładzie delikatnie ręce na moich barkach, a potem zjeżdża nimi do końca, aż chwyta skrawek swetra i zrzuca go na bok. To samo robi z kolejną bluzeczką. Zostawiając stanik, przechodzi do spodni. Odpina spokojnym ruchem guziki i zsuwa płynnym ruchem materiał z moich nóg. Przytulając się do pośladka, kuca, aby ściągnąć je do końca, a gdy już podnosi się, patrzy na mnie z troską i miłością w oczach. Oh, jesteś cudowny, kiedy nic nie robisz, nie mówisz, tylko patrzysz tym swoim spojrzeniem na mnie.
-Mogę cię rozebrać?- pytam niepewnie chcąc przerwać tą ciszę. Potakuje ruchem głowy, a ja chwiejnym krokiem podchodzę do niego i zaczynam odpinać koszulę. Zsuwam ją, a potem zabieram się za eleganckie, wypastowane buty. Rozsznurowuję je, a ona pochyla się, aby pospieszyć me czynności. Dokańcza "pokaz", który rozpoczęłam i stoi w bokserkach.
-Ty pierwsza.- mruczy z seksownym uśmiechem na twarzy, a ja pewna siebie jak nigdy, chwytam koniec stanika i rozpinam go pośpiesznie. Rzucam go i majtki na bok, stojąc całkowicie naga. Nie krępuję się, pierwszy raz się nie krępuję...
-Mm... Uwielbiam twoje ciało.- szepcze, lustrując moje piersi i złączenie ud. Te słowa jednak powodują, że robię się czerwona. Podchodzę do niego i stojąc bardzo blisko, osuwam bokserki z Hugo Bossa. Tym samym tempem zjeżdżam z nimi na dół i rzucam je na podłogę. Chwyta mnie za nadgarstki i przyciąga do siebie, aby mocno wpić się w usta. Zarzucam dłonie na braki, jedną targając włosy, a drugą przyciągając go za szyję do siebie. Czuję, jak jego członek twardnieje i unosi się do góry. Chichoczę, łapiąc go za rękę i prowadząc do wanny. Wchodzimy i najzwyklej w świecie bierzemy kąpiel.

-Kim jest dla Ciebie Nina?- pytam, kiedy wsuwam nogi pod ciepłą kołdrę. Justin nie odpowiadając, robi to samo, a potem przysuwa mnie bliżej.
-Dobranoc.
-Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.- rzuciłam pośpiesznie i niosłam się do góry, aby bacznie wybadać jego reakcję. Ten zacisnął zęby, przejechał zmęczonymi dłońmi po twarzy i spojrzał bojaźliwie na mnie.
-Jesteś zmęczona, powinnaś położyć się spać.- jednakże ja nie odpuszczam i ciągle tkwię w powietrzu, patrząc na niego. -Oh, nie odpuścisz?- wypuścił ciężko powietrze. -Ona była moją dziewczyną... Wiele razem przeszliśmy..- przyznał, a ja usadowiłam się wygodniej. - Była dla mnie bardzo ważną osobą, ale..- przerwał, chcąc dobrze dobrać słowa. -Pewna osoba to zniszczyła i... nie chcę do tego wracać.
-Oh, dobrze. Cieszę się, że mi o tym powiedziałeś. Dobranoc.- ucałowałam go w skroń i ułożyłam się na poduszce. Chwilę potem Morfeusz porwał mnie do swojej krainy.
_____________
Oto kolejny rozdział! :*
Powoli, mozolnym krokiem zbliżamy się do końca. Ale podkreślam: mozolnym krokiem!
I mam dla Was kolejną wiadomość.. Chociaż nie, wstrzymam Was w niepewności. :>
Ja niedobra.. :(
Hahah, jak Wam się podoba rozdział? Przepraszam, że wcześniej się tak nie zajęłam tym blogiem, bo kurcze zepsuł mi się komputer.
Kochani! Proszę, podajcie mi swoje blogi. Dodam je do zakładki z blogami i będę starała się wchodzic co tydzień i je czytać. ♥
Dobra, 15 komentarzy Waszych = 16 rozdział.
Myślę, że nie ma problemu, bo widzę, że póki co jest okej.
Buziaki, pozdrawiam Was gorąco. :*

15 komentarzy Waszych=16 rozdział. ♥

10.04.2014

Rozdział 14.

Siedząc na podłodze uświadamiam sobie, jak moje życie się zmieniło. Oddaliłam się od osób, które naprawdę kocham, nie rozmawiam tak często z rodzicami, nie wychodzę z dziewczynami z pracy na kawę, nie wspominając już o drinkach, ciągle siedzę tutaj, w towarzystwie Justina. Nie narzekam, zawsze jest interesująco, ponieważ przy boku tak ciekawego człowieka nie da się nudzić. Ale tęsknię za tamtym życiem, za ułożonymi sprawami i bezproblemowym wychodzeniem na imprezy.
-Kochanie, wszystko w porządku?- podbiega szybko Bieber i klęka przy moim boku. Przeciągam twarz rękami i spoglądam głęboko w jego oczy.
-Tak, chyba tak.
-Chyba?- marszczy czoło. Wywracam oczami i nerwowo poruszam palcami.
-Tak, po prostu za dużo się dzieje...za szybko. To mnie przytłacza.- wzruszyłam przepraszająco ramionami i podniosłam się do góry. Justin nadal trwa w takiej samej pozycji, co przed chwilą i intensywnie myśli nad tym, co powiedziałam.
-Chcesz odpocząć?- pyta, a ja nieruchomieję. Chcę tego? Chcę, aby znów dał mi swobodę i odsunął się na bok? Próbowaliśmy tego, ale nie skutkowało to poprawą mojego samopoczucia. Wręcz odwrotnie. Siadałam przygnębiona na kanapie, jedząc jakieś niezdrowe fast foody, popijając winem. Justin zjawił się już po 3 dniach i powiedział, że nie przeżyje beze mnie dnia dłużej.
-Nie, nie o to chodzi. Chciałabym po prostu wrócić poniekąd do dawnego życia.- przyznaję, a on wreszcie staje na proste nogi i podchodzi do mnie mozolnym krokiem.
-Dawnego czyli?
-Naprawdę muszę ci wszystko rozpisywać na proste zdania? Jesteś inteligentnym człowiekiem, więc uważam, że możemy się obejść bez tego. - wydymam usta, a on zbliża się jeszcze bardziej i zaplątuje kosmyk włosów za ucho. Uśmiecha się ciepło i całuje w czubek głowy. -Nie odejdę jednak do tej pory, dokąd nie wyzdrowiejesz.- mówię, plotąc ręce na piersi. Nieruchomieje, a twarz staje się blada.
-Chcesz ode mnie odejść?- szepcze, a jego głos się łamie przy każdym wyrazie.
-Nie! Rany boskie, nie! Chcę po prostu wrócić do swojego mieszkania i tam mieszkać. Spotykać się z tobą, jak nastolatkowie, zacznijmy od tego.- puszczam mu oczko, przygryzając uwodzicielsko wargę. Mięśnie na jego klatce się rozluźniają, a barki nie są w stanie gotowości. Uśmiecham się triumfalnie widząc, jak na niego działam. Jestem w stanie zrobić z nim wszystko, jest jak mój podwładny, który słucha moich rozkazów.
-To dobrze.- śmieje się cicho, a ja wzdycham. -W takim razie czuję się okropnie, a pani musi mnie chyba zbadać. Dokładnie zbadać.- rusza brwiami, a ja chichoczę i zaczynam uciekać. Zaraz za mną rusza mężczyzna. Mijam Spencera, który rozkojarzony wygląda zza kuchennej ściany. Rozbawiona wbiegam do ogromnej jadalni, w której na środku stoi wielki stół, zaścielony białym obrusem. Jest ciemno, światła zgaszone, a granatowe niebo, które widać z ostatniego piętra wieżowca zapiera dech w piersiach. W półmroku widzę tylko błyszczące oczy Justina i jego piękny, śnieżnobiały uśmiech. Porusza się w moim kierunku, a ja nie wiedząc, gdzie uciec, postanawiam przeskoczyć przez stół na drugą stronę. Styl na Lare Croft, udany na dobrą szóstkę.
-Kto cię tego nauczył?- pyta z wyraźną dumą.
-Telewizja!- wołam i śmieję się jeszcze bardziej. Zmrużyłam na moment oczy, a mężczyzna zniknął mi z pola widzenia. Nagle poczułam pociągnięcie za skrawek spodni, które momentalnie opadają na dół. Cholera! Nie spodziewałam się, że są aż takie luźne...
-Bieber!- krzyczę i szybko podciągam je w górę. On wyłania się spod stołu i wyrasta u mych stóp. Z ogromnym uśmiechem na twarzy patrzy mi w oczy, a nogi robią się jak z waty. Staję na palcach, aby dorównać mu wzrostem i przysuwam swoją twarz do jego. Dzielą nas milimetry, a ja czekam na jego krok.  Wpija się w moje usta i mocno przyciąga do siebie. Unosi, abym oplotła go nogami i kładzie na stole. Nie przestając całować, zaczyna zbiegać po mojej tali rękami i dociera do spodni.
-Chcę cię, teraz. Chcę czuć cię tam, gdzie mogę tylko ja.- mówi i równie szybko rozpina swoje spodnie. Trzyma mnie ramieniem w tali, aby uniemożliwić mi ruch i unosi, drugą ręką zdejmując spodnie. Jestem naga od pasa w dół. Dobrze, że w tych ciemnościach nie widzi, jakiego koloru mam teraz twarz, ponieważ czułby się usatysfakcjonowany. I czuję go w sobie. Głęboko, docierającego do najstraszniejszych kątów mojego wnętrza. Dociera tam, gdzie nikt inny nie był, odnajduje nowe horyzonty. Zatracam się w tym błogim uczuciu, co chwilę pojękując. Odchylam głowę w tył, otulając jego rękę włosami, które po chwili otacza w swojej dłoni i ciągnie jeszcze mocniej w dół. Poruszamy się tym samym rytmem, czując swoje przyspieszone oddechy na barkach. I gdy prawie dochodzę, po pomieszczeniu rozbrzmiewa gwałtowne pukanie. Niemalże umieram, a Bieber błyskawicznie wyślizguje się ze mnie i podciąga spodnie. Ja zaś zeskakuję ze stołu i ubieram dżinsy. I nagle wbiega zakłopotana kobieta. Wysoka, szczupła, z przerażoną miną. Błądzi w ciemnościach wzrokiem, aż natyka na nas. I znów czuję ulgę wiedząc, że nie widzi moich policzków.
-Justin?- szepta, załamującym się głosem.
-Nina...?- jego głos nie jest głośniejszy od szeptu. Idzie w jej stronę, poprawiając seksownie spodnie. Oh, dlaczego akurat teraz?
-Muszę z tobą porozmawiać.- spogląda przez ramię na mnie i chwyta go za rękę. Zaciskam dłonie w pięść i jestem gotowa, aby się na nią rzucić. Czuję w niej zagrożenie. Jest piękniejsza ode mnie. Ma długie, szczupłe nogi, kręcone włosy do pasa, idealny profil, czerwone usta, duże, pełne, brązowe oczy i idealnie uwydatniony dekolt.
-Kochanie, zaraz wrócę.- odwraca się do mnie Justin i posyła zakłopotane spojrzenie. Wzdycham rozczarowana i wolno potakuję. -Wrócimy do tego.-
 puszcza oczko i wychodzi. Cóż, skoro wrócimy, to może w korzystniejszych warunkach? Z różnymi fantazjami kieruję się na górę. Otwieram swoją torbę i szukam "bagażu specjalnego". Z wielkim uśmiechem na twarzy ruszam pod prysznic. Szybko się golę, nakładam balsam na skórę i zakładam seksowną bieliznę, którą kupiłam zaledwie miesiąc temu. Dostałam premię za idealnie ułożoną kampanie reklamową książki nowego autora, który postanowił mnie hojnie wynagrodzić za trud. Pozwoliłam sobie więc na wydanie 500 dolarów na bieliznę z victorii secret's. Pasuje idealnie. Narzucam na siebie atłasowy szlafrok i mocno zakręcam go w talii. Nagle zaschło mi w gardle. Skierowałam się więc na dół i zaczęłam skradać się na palcach do kuchni. Chcąc być niezauważona, słyszałam rozmowę dobiegającą z gabinetu Justina. 'Proszę nie, zamknąłem z tobą ten temat. Nie chcę tego rozdrapywać. To koniec.' nieruchomieję. Czy ta kobieta należy do jego 'przeszłości', o której nie chce ze mną rozmawiać? Piorunuję się i zaczynam odbiegać od drzwi, kiedy słyszę kroki. Wpadam do kuchni, a szlafrok zsunął mi się z ramienia. Błyskawicznie go poprawiam, kiedy gorące spojrzenie kucharza wiruje po moim ciele.
-Pomóc w czymś, panno MacCartney?- pyta, odkładając na miejsce talerze. Robię się czerwona i nerwowo kiwam głową.
-Dobrej nocy Justin.- słyszę cichy szept, a potem chwilę ciszy.
-Dobranoc Nino.- drzwi się otwierają, a chwilę potem tupot wysokich szpilek znikają. Nalewam szybko soku do szklanki i upijam łyk. Próbując uspokoić swoje nerwy, przeczesuję mokre włosy i odstawiam pusty kielich na blat.
-Dobranoc Spencer.- wołam, kierując się na górę. Posyła mi ciepły uśmiech, a ja mozolnym krokiem ruszam do sypialni. Zatrzaskuję drzwi i bacznie rozglądam się w poszukiwaniu chłopaka. Słyszę szmer, a potem światła gasną. Czuję męską dłoń wokół swojej talii i usta błądzące po szyi. Odchylam głowę i odrzucam włosy na bok, dając lepszy dostęp do najskrytszych miejsc mojej skóry.
-Pachniesz tak zniewalająco.- szepcze, a ja pod jego słowami lekko się uginam. Zamykam oczy i oddaję się tym przyjemnym torturą, które zaczyna mi sprawować. Rozwiązuje sznur, który przytrzymuje tkanie na moim ciele, a chwilę potem znajduje się ona na podłodze.
-Wiesz, co lubię, kochanie.- mamrocze, przygryzając ucho. Odwracam się i widzę go do połowy rozebranego. Ma na sobie nisko zapięte jeansy, widać jego bokserki z kolekcji Calvina Kleina. Tors zaś jest nagi i widzę w świetle wznoszącego się do góry księżyca wszystkie jego tatuaże. Podziwiam się wzajemnie. Nie robimy nic, po prostu patrzymy na siebie, upajając się chwilą.
-Pięknie wyglądasz.- mówi, odgarniając mokry kosmyk włosów do tyłu. Wreszcie podchodzę bliżej i łapię go w krocze.
-A on znów twardy.- chichoczę. Nie spodziewał się tak odważnego ruchu z mojej strony. Pociągam za końce jego spodni i zsuwam je całkowicie. Justin zdejmuje buty, skarpetki i stoi przede mną w samej bieliźnie. Włosy również jak ja ma jeszcze mokre po prysznicu i czuję jego idealne perfumy, jak i żel pod prysznic. Mieszanka doskonała. Przybliżam się jeszcze bardziej i ocieram się o jego ciało.
-Zabawmy się.- sugeruję. Bieber robi większe oczy i uśmiecha się flirtująco.
-W co tylko chcesz.- rzuca, a ja oblizuję szybko usta. Zapowiada się ciekawy wieczór...


-Kochaj się ze mną.- szepczę, kiedy wiję się pod jego dotykiem. Wsuwa i wysuwa palce z mojego wnętrza, pojękując od czasu do czasu. Oddech ma przyspieszony, jak ja i jest cały gorący. Płonie. Gdy dotyka mnie tam, czuję, jak jego erekcja napiera na moje udo jeszcze mocniej. -Błagam, zrób to wreszcie.- wzdycham, kręcąc się jeszcze bardziej. Nagle przestaje i kładzie się obok, przenosząc mnie na górę.
-Prowadź.- woła dumnie i całuje szybko usta, a następnie chwyta w ręce moje obie piersi i zaczyna ugniatać i skręcać sutki. Wsuwam w siebie jego członka i wolno poruszam się w tempie, które w tej chwili odpowiada mi najbardziej. Po chwili przyspieszamy, energicznie poruszając swoimi miednicami w tym samym kierunku. Wreszcie szczytuję, opadając na jego klatkę piersiową i oddychając nierówno, głośno i łapczywie.
-Kocham cię.- szpecze mi do ucha. Uśmiecham się i mocno wtulam się w jego ramiona.
-Ja ciebie też.- odpowiadam i zamykam oczy, kiedy czuję, że wychodzi. Zaraz potem zmęczenie przejmuje nad nami władzę i zasypiamy po słodkich doznaniach dzisiejszego wieczoru.

Budzę się, otulona pościelą. Przeciągam się leniwie i czuję ciepło bijące w mój bok. Patrzę w jego kierunku i widzę twardo śpiącego Justina. Takie poranki podobają mi się najbardziej. Jestem niesamowicie wypoczęta, pełna energii i ochoty do pracy. Wysuwam się więc spod pościeli i pewnym krokiem podchodzę do szafy. Wyjmuję z niej moją torbę, w której znajduję mój "strój roboczy". Ubieram czarne, dopasowane jeansy, opinające się w odpowiednich miejscach, luźną, białą, przeźroczystą koszulę, a włosy postanawiam upiąć w kucyka. Muskam usta czerwoną szminką, tuszuję rzęsy i spoglądam na lustrzane odbicie. Zanim jednak doprowadziłam się do tego stanu, zdążyłam wziąć prysznic i zjeść szybkie, lekkie śniadanie. Starając się nie tupać swoimi wysokimi obcasami, udaję się do wyjścia z sypialni. Schodzę z gracją po schodach na dół i informuję Spencera o moim wyjściu do pracy.
-Pan Bieber nie będzie zadowolony.- wtrąca.
-Nie wątpię.- trzaskam drzwiami mieszkania, chyba za mocno, a potem kieruję się do windy. Po tak wspaniałym wieczorze na pewno nie będzie się na mnie gniewać...
________
Jak zauważyliście, odpowiadam na Wasze komentarze. Możecie się lekko zagubić, bo powiecie, że łącznie z moimi, było już dawno 15 komów, ale to nie o to mi chodzi. 15 komentarzy ma być WASZYCH, więc wliczając moje, łącznie pod postem powinno być ich 30. :)

Okej, co sądzicie o tym? ;)
Przepraszam, że nie dodałam wcześniej, ale mam zepsuty komputer i jestem na łasce swojego wujka, że daje mi siąść do siebie na kompa. ;p
Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Z biegiem czasu będzie coraz więcej akcji.
Do następnego. :**
15 KOMENTARZY WASZYCH = ROZDZIAŁ 15.
♥

9.26.2014

Rozdział 13.

Jasne światło wbiega do pomieszczenia, nadając wszystkiemu blask. Mimo zimowej pory roku, na niebie gości jasne, duże słońce. Przez ogromne okna sypialni wdzierają się do najskrytszych zakątków, witając również nasze twarze. Przymrużam oczy i wiercę się. Czuję na sobie zarzuconą rękę Justina i przestaję się kręcić. Nie chcę go obudzić, miał za sobą ciężkie dni, a teraz wygląda tak spokojnie i błogo. Uśmiecham się, widząc, jak jego kąciki co jakiś czas się unoszą. Śmieje się przez sen, niekiedy szeptając moje imię. Przejeżdżam delikatnie przez jego twarz, gdy nagle wibruje jego telefon. Unoszę głowę nad poduszkę i ostrożnie sięgam na szafkę nocną, nie chcąc go obudzić. Patrzę na wyświetlać, na którym widnieje numer ukryty. Unoszę zdziwiona brew w górę, ale odkładam go na miejsce, gdy przestaje dzwonić. Szanuję prywatność Justina i na pewno nie będę sprawdzać jego połączeń.
Nie mogąc znieść ciepła, które mnie przytłacza, zaczynam wyślizgiwać się z objęć mężczyzny. Gdy już prawie udaje mi się wyskoczyć z łóżka, czuję, że jego męskie ramiona znów przyciągają mnie mocniej, tym razem jeszcze ciaśniej, niż do tej pory. Oddech ma niespokojny i przerwany. Nieruchomieję, nie chcąc go  zbudzić, ale nie wiem, jak długo wytrzymam w tej pozycji. Wiszę w powietrzu, nie dotykając klatki piersiowej, ani nie kładąc się na posiniaczonej ręce. Napinam wszystkie mięśnie i walczę. Walczę z samą sobą. 'Pokaż MacCartney, jak mocne masz mięśnie brzucha!' woła podświadomość, a ja z uśmiechem na twarzy nadal trwam w takiej pozycji. W końcu nie mogę wytrzymać i opadam. W tej samej chwili Justin otwiera swe piękne, brązowe oczy i wita mnie czułym uśmiechem.
-Hej piękną.- szepta, kiedy ja cmokam go w usta. Teraz spokojnie mogę wstać i iść zrobić nam śniadanie.
-Cześć.- mówię, zrzucając z siebie jego dłoń. Przygląda mi się i co chwilę uśmiecha. -Idę przyszykować śniadanie, a ty ani mi się rusz.- ruszam rodzicielsko palcem i chwilę potem śmieję się sama z siebie. -To mi się udało.- mój chichot przeradza się w ogromny, niepohamowany rechot. Bieber patrzy na mnie z równie wielkim uśmiechem na twarzy, a ja padam na kolana i zakrywam rękami twarz, próbując się uspokoić. -A teraz poważnie...-wstaję. -Nie ruszaj się stąd na krok.- i znikam za drzwiami do sypialni. Pewnym krokiem ruszam schodami na parter, chcąc przygotować śniadanie, gdy nagle zastaję wysokiego, młodego mężczyznę w stroju kucharza.

-Panna Carla?- pyta zaskoczony, widząc mnie skąpo ubraną. Zalewam się czerwienią. Dlaczego Justin mnie nie uprzedził?
-Em, tak. Przepraszam, za mój nieodpowiedni ubiór, ale nie zostałam uprzedzona o czyjejś wizycie.- mocniej otulam się satynowym szlafrokiem, który Justin zakupił specjalnie dla mnie, Policzki robią się pod jego kolor, a na twarzy mężczyzny maluje się zalotny uśmiech. Czy on próbuje mnie uwieść?
-Mogłabym przyrządzić śniadanie?- pytam skromnie, obchodząc wysepkę kuchenną.
-Wybaczy pani, ale tym zająłem się już ja. Pan Bieber prosił o coś smakowitego. Zapoznał mnie z jego wymaganiami i przez najbliższy tydzień zajmuję się przygotowywaniem dla państwa posiłków.
-Proszę, mów mi Carla.- wtrącam, czując skrępowanie przez jego grzeczność.
-Dobrze, Carlo. Podać śniadanie?- pyta, chwytając jeden talerz, na którym prezentuje pięknie ozdobione gofry. Oh, ile na nich dodatków. Potakuję entuzjastycznie i wyjmuję tacę, na której ustawia gorące naleśniki.
-Zanieść może?- sugeruje, a ja od razu zaprzeczam. Nalewam do szklanki soku multiwitaminowego i starając się nie uronić żadnej kropli, zaczynam kierować się na górę. Wchodzę do sypialni, a Justin - o dziwo, grzecznie czeka na mnie w łóżku, otulony do pasa kołdrą. Ręce splecione trzyma na złączeniu ud, a na twarzy nalepiony szeroki uśmiech.
-Grzeczny chłopczyk.- rzucam triumfalnie, siadając na brzegu łóżka. Kładę mu na kolana specjalny stolik i stawiam na nim talerz z goframi ozdobionymi bitą śmietaną, owocami, lodami, posypką i polewą.
-Wygląda apetycznie.- oblizuje kusząco wargi, a ja przypominam sobie minę kucharza.
-Czemu nie poinformowałeś mnie, że ktoś prócz nas jest w tym domu?- warczę. -Widziałeś, że wychodzę tak roznegliżowana... Zrobiłeś to specjalnie, żeby mnie sprawdzić, czy żebym się upokorzyła?- zaczyna chichotać, a ja patrzę na niego, jak na niedojrzałą osobę.
-Oh, kochanie. Przecież zrobiłem to po to, aby zobaczyć twoją reakcję. W kuchni jest kamera, a ja bacznie obserwowałem ciebie i Spencera, co robicie, jak się zachowujecie... Gdyby było coś nie tak, na pewno nie siedziałbym tutaj tak grzecznie, jak do tej pory.- mrugam w jego stronę, całkowicie zdezorientowana.
-Czy ty mi nie ufasz?- unoszę brew do góry. Poważnieje.
-Oczywiście, że ci ufam, to jemu nie ufam.- warczy, zaciskając wszystkie mięśnie na swoim ciele. Śmieję się cicho i przejeżdżam ręką po jego policzku. Zamyka oczy pod wpływem mojego dotyku.
-Jedz.- nakazuję i wstaję, aby przejść na drugą stronę łóżka i zająć swoje miejsce. Pocierając z apetytem ręce, chwytam łyżeczkę i zaczynam delektować się słodkością.

-Ktoś do ciebie dzwonił.- mówię, kiedy ubieram na siebie szare jeansy, idealnie opinające się na moich udach. Spojrzenie Justina przenosi się na mnie i wyczekuje dalszej odpowiedzi. -Nie wiem, o której to było. Obudziłam się i żeby cię nie obudzić, to po prostu leżałam. Nagle twój telefon zaczął wibrować, więc wzięłam go do góry.
-Kto dzwonił?- pyta, spoglądając na ekran laptopa.
-Numer ukryty.- wydymam usta i przeszukuję szafę w poszukiwaniu jakiejś koszuli Justina. Znajduję dużą, białą, prostą tkaninę, idealnie wyprasowaną. Zarzucam ją na swoje ciało i zaczynam niechlujnie zapinać.
-Teraz wyglądasz jeszcze lepiej, niż w czerwonym szlafroczku, kochanie.- wystawia język, a ja rzucam w niego pobliską poduszką. Skrzywi się z udawanego bólu i znów się uśmiecha.
-Spadaj!- wołam, wchodząc do łazienki, która przylega do sypialni. Spoglądam w swoje odbicie i widzę bladą jak ściana blondynkę, z włosami rozczochranymi we wszystkie strony. 'Przecież nic się nie działo.' myślę i zaczynam je czesać. Związuję w artystycznym nieładzie i pozwalam pojedynczym kosmykom opadać na twarz. Myję zęby, twarz, a później przyszczypiam policzki, próbując nadać im jakiegoś koloru. Wreszcie wychodzę z łazienki i zastaję nagiego Justina. Zakrywam momentalnie oczy i odwracam się na pięcie. W odpowiedzi na mój nagły ruch, dostaję cichy śmiech. Nagle czuję jego gorący dotyk na swojej talii, a wszystkie mięśnie się napinają. Szczególnie te na dole.
-Krępujesz się, widząc mnie nago? Przecież już widziałaś mnie  w takiej odsłonie.- mruczy do ucha, a następnie przygryza je.
-Ubierz się.- warczę i odwracam się. Zaczyna kręcić na wszystkie strony swoimi ustami, jakby chciał je przećwiczyć, przed atakiem na moje. -Ubierz, proszę, bo się na ciebie rzucę.- dodaję, trzepocząc rzęsami. Justin otwiera szeroko oczy, nie mogąc uwierzyć w wypowiedziane słowa. Omijam go i wychodzę z sypialni. Muszę zadzwonić do mamy i poinformować ją o wszystkich sytuacjach, jakie zaszły. Nie wiem, czy będzie zadowolona z tego, że jestem u niego na tydzień. Pewne fakty jednak pominę...


-Carls!- woła przyjaciółka, rzucając się na szyję. - 3 dni bez ciebie to naprawdę męczarnia! W pracy istne szaleństwo.- dodaje szybko i puszcza mnie, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu. Nadal jestem u Justina, jest środa, a przyjaciółka zaraz po pracy postanowiła nas odwiedzić. Do dziś wspominamy moment, kiedy widziała mężczyznę po raz pierwszy i to, jak nie potrafiła się przy nim wypowiadać. Teraz przychodzi jej to z ogromną łatwością i nawet mówi więcej, niż zazwyczaj. Moja zakręcona przyjaciółka...
-Serio? A mówiąc coś na nasz temat?- pytam, a żołądek zaczyna wariować i płatać różne figle.
-Tak.- tej odpowiedzi bałam się najbardziej. -Mówią, że prawdopodobnie jesteście razem, bo jak ty masz wolne, to i Bieber też się nie zjawia w pracy.- śmieję się. Jak na taką korporację, to aż dziwne, że nie zorientowali się jeszcze, iż jestem z Justinem. Potrafimy idealnie dochować tajemnicy, jeśli chodzi o to.
-Oh, mam nadzieję, że jeszcze się nie dowiedzą.- rzucam. Jesteśmy same, ponieważ Justin ma dzisiaj wizytę u lekarza. Zawiozłam go i od razu wróciłam do mieszkania. Spędzamy więc samotnie popołudnie, dopóki mój kochany nie wróci od tej wrednej baby. Naprawdę jej nie lubię. Jest taka chłodna i zgorzkniała. Nie potrafi współczuć człowiekowi. Jest bezlitosna i nie obchodzi ją los innych. Bezpośrednio potrafi powiedzieć osobie, że jego bliski zmarł, czego byłam świadkiem.
-No i opowiadaj mi, jak wam się powodzi?- uśmiecha się entuzjastycznie, widząc że policzki robią się czerwone.
-Cóż, oficjalnie powiedział, że mnie kocha.- piszczy i rzuca mi się na szyję. Wykrzykuje tyle rzeczy na raz, że nie mogę się powstrzymać i sama zaczynam krzyczeć. Jestem przepełniona szczęściem, mimo tego wypadku.
-Jak to było?- pyta, a ja zaczynam jej opowiadać o magicznym wieczorze charytatywnym. Zaraz po nim Justin miał wypadek. Tak bardzo się o niego martwiłam...
-Patric? Przystojny?- pyta zdumiona, a ja gromię ją wzrokiem.
-Masz Josha!- przypominam. Rosalie wywraca oczami i zaczyna chichotać. W tej samej chwili do salonu wchodzi Spencer z butelką wina i dwoma kryształami. Otwiera głośno alkohol i nalewa nam go do kieliszków.
-Wracasz autem?- pytam, a ona przytakuje. -Sok?- potakuje, a ja spoglądam na wysokiego mężczyznę.
-Wieloowocowy, multiwitamina, ananasowy, pomarańczowy czy lemoniadę?- przyjaciółka wlepia w niego swoje głodne oczy, a chwilę potem potrząsa głowę ze zdezorientowania.
-Lemoniada.- obsługa znika za ścianą, a ona patrzy na mnie zszokowana.
-I nic? Dalej jesteś zapatrzona w Biebera?- woła zdezorientowana.
-Oczywiście, że tak. To jego kocham, nie interesuje mnie żaden inny.- warczę, a w tej chwili rozbrzmiewa się znajomy brzęk kluczy. Cichy tupot butów milknie na chwilę w korytarzu, a potem ponawiają się. We framudze zjawia się Justin, szykownie ubrany w czarny garnitur i białą koszulę. W ręku trzyma teczkę, a jego mina jest bardzo pozytywna.
-Wszystko dobrze?- pytam, a on potakuję. Wstaję z sofy i pośpiesznie kieruję się do niego, aby go przytulić i ucałować.
-Zostawię was same, ponieważ muszę iść wykonać parę telefonów i popracować.- odgarnia mi kosmyk włosów za ucho i całuje w czubek głowy.  -Witaj Rose, wyglądasz kwitnąco!- zwraca się do niej, a ona poprawia się na siedzeniu, chcąc uniknąć spojrzenia chłopaka. Prycha cicho i wychodzi z salonu. Wracam na swoje miejsce i kontynuujemy rozmowę. Tym razem ona opowiada o tym, jak powodzi jej się z Joshem. Jest w nim szaleńczo zakochana. Uwielbia spędzać z nim czas, zaś on siedzi u nas w mieszkaniu i pilnuje ją, ponieważ Rosalie boi się spać sama. Tak, dziwna fobia...
-Dziękuję za ten cudowny wieczór, kochanie. Tęsknię za tobą.- przytula mnie mocno na pożegnanie, a ja odwzajemniam jej gest. -Trzymaj się. Do zobaczenia w niedzielę. Mam nadzieję, że już wrócisz.- potakuję szybko i podaję jej płaszcz. Pomagam jej go założyć i patrzę szybko w jej oczy.
-Jesteś pewna, że nie chcesz zamówić taksówki? Wypiłaś lampkę wina.- przypominam, a ona kiwa głową.
-Jest okej, nie jestem pijana. Wiesz, że mam dobrą głowę do picia.- prycha. Wywracam oczami i odprowadzam ją do windy. Ostatni raz się ściskamy, a ja pospiesznie wracam do mieszkania. Zamykam się i zsuwam na podłogę. Naprawdę tęsknię za nią. Gdybym miała chwilę jakiejkolwiek wątpliwości, ona zjawiłaby się u progu mojego pokoju i zaraz zajęłaby się problemem, a w tej chwili... Zdana jestem na Justina, z którym nie porozmawiam na temat problemów, które dotyczą właśnie jego...
_________
Tadaam!
Cóż, może nie dzieje się tutaj znowu coś niesamowitego, ale obiecuję, że każdy rozdział będzie ciekawszy, jeju! Z tego opowiadania można by teraz zrobić Mode na sukces XD
Never mind.
Pytaliście mnie, ile mam jeszcze rozdziałów do końca bloga. Odpowiedź jest niezbyt satysfakcjonująca.
Nie powiem Wam, ile ich dokładnie jest, ale nie będziecie zadowoleni.
Na pewno nie jest ich sto. Rozdziałów jest tyle, ile przeciętnie w każdej książce Sparks'a (jeśli ktoś czyta ;p).
Ten sam zwyczaj - 15 komów, kolejny rozdział...
Co jeszcze... Podoba Wam się to, że czasami dodaję gify przy niektórych wypowiedziach bohaterów?:)
Piszcie, co sądzicie + podawajcie mi swoje blogi, jeśli je macie, z miłą chęcią wpadnę! ♥
Okej, rozpisałam się.
15 komentarzy = rozdział 14.
Claudia ♥

9.20.2014

Rozdział 12.

-Ej, kochanie, nie płacz już.- mówi Justin, ściskając moją dłoń. -Jestem tutaj. Nie masz się czym przejmować. Ta kobieta będzie miała rozprawę w sądzie.
-Gdybym była sędzią, skazałabym ją na dożywotnie męki za to, co zrobiła! Ta kobieta musi iść do więzienia.- przerywam mu, a on śmieje się cicho z moich nerwów, które wypływają na wierzch, kiedy wspominam o sprawczyni wypadku.
-Już dobrze. - całuje moją dłoń, a ja przez łzy uśmiecham się do niego. Kocham go, najbardziej na świecie. -To kiedy mnie wypisują?- pyta, a ja spoglądam na zegarek.
-Jutro albo pojutrze, Leżysz tu od wczoraj. Lekarz prowadzący twoje leczenie oznajmił, że długo tu nie pobędziesz, bo masz tylko zadrapania i siniaki. Ja niestety potrzymałabym cię dłużej na obserwacji, aby mieć stu procentową pewność, że jesteś cały i zdrowy.- mruczę zażenowana, a on patrzy na mnie.
-Będziesz mnie, kochanie, obserwować cały czas, kiedy będziemy w domu. Wracamy do Nowego Jorku, jak tylko się stąd wypiszę. Nie chcę tutaj przyjeżdżać przez jakiś czas.- warczy, a ja ściskam jego dłoń. -I nie chodzi tutaj o mnie, tylko o ciebie. Myśl, że mógłbym cię już nigdy nie zobaczyć, nie przytulić, nie pocałować... To najgorsza myśl, jaką kiedykolwiek miałem...- jego oczy momentalnie robią się smutniejsze, a moje serce zaczyna niesamowicie mocno ściskać, widząc go w takim stanie.
-Oh, kochanie... Już... Ćśś.- całuję znów w rękę i mocno przytulam ją do twarzy. Tak bardzo się cieszę, gdy widzę go całego i zdrowego.

Pakujemy swoje rzeczy i zbieramy się do wylotu. Spoglądam na siedzącego Justina, który już pochłonięty pracą, nerwowo wystukuje coś na klawiaturze laptopa, mrucząc coś pod nosem. Wrócił Pan Idealnie Ułożony. Wlepia swe zmęczone oczy w ekran i co jakiś czas patrzy na mnie. Uśmiecha się, a potem poważnieje i nanosi zmiany w dokumentach, które dostarczyła mu na pocztę jego asystentka. Kiwam bezradnie głową, chowając bokserki mężczyzny. Robię się czerwona widząc szare majtki z taśmą, na której widnieje napis 'Calvin Klein'. Te same bokserki miał na sobie, kiedy pierwszy raz to robiliśmy.
-Interesujące, z jaką ciekawością się im przyglądasz.- przejeżdża palcem wskazującym po dolnej wardze, patrząc na moją odrętwiałą sylwetkę. Wypuszczam nieświadomie wstrzymywane powietrze i trzepoczę rzęsami w jego stronę. -Za pół godziny mamy samolot.- oznajmiam, próbując zmienić temat, ale nie daje za wygraną. Zrzuca ze swoich kolan macbooka i lekko posykując z bólu, rusza w moim kierunku. -Wiem, co robisz.- rzucam nerwowo, chcąc opanować swoje oszalałe serce. On jednak podchodzi bliżej i przejeżdża swoimi dłońmi po moim kręgosłupie.
-Lubię, kiedy twoje włosy są mokre i spięte w wysokiego kucyka. Wydłuża on twoją sylwetkę.-
zaczyna składać pocałunki na mojej szyi, a ja zamykam oczy, odchylając głowę na bok, odsłaniając mu miejsce do najczulszych miejsc mojej szyi. Jego prawa dłoń mocno obejmuje talie i przysuwa do siebie, a lewą jeździ po ramieniu, zrzucając pojedynczo najpierw ramiączka od bluzeczki, a potem od stanika.
-Justin, nie.. Proszę.- szepczę, chcąc się powstrzymać, ale jego dotyk dla mnie jest jak narkotyk. Nie potrafię się powstrzymać, choć tak bardzo tego chcę. "Teraz, albo nigdy MacCartney. Pokaż, że potrafisz." warczy moja podświadomość, a ja nabierając głębiej powietrza, kiedy chłopak zostawia słodki ślad na mojej szyi. Odsuwam się kawałek dalej.
-Nie rób tego. Jesteś potłuczony, musisz odpoczywać.- rzucam mu gniewne spojrzenie i wracam do pakowania. Zrezygnowany zarzuca na siebie marynarkę. Jego twarz wykrzywia się w bólu, ale udaję, że tego nie widzę. Mój biedny...

Punktualnie o 20 wsiadamy do samolotu i zapinamy się pasami. Spoglądam co jakiś czas na jego rękę, która jest ciągle zaczerwieniona. 'Opuchlizna zejdzie do dwóch dni'- przypominają mi się słowa lekarza i odwracam wzrok. Patrzę na panoramę miasta, która oddala się, aż wreszcie znika z mojego punktu widzenia. Chwilę potem odprężam się na fotelu pasażera i po raz kolejny obserwuję Biebera. Przyglądam się z dokładnością jego twarzy zatrzymując się na rozpiętej koszuli i oblizuję usta.
-Jeszcze niedawno sama mnie upominałaś, a teraz składasz mi dwuznaczne propozycje. Jesteś pełna sprzeczności, kochanie.- zauważa Justin i pochyla się, aby mnie pocałować. Ból klatki piersiowej się zaostrzył, ponieważ nim dotknął moich ust, wrócił szybko na swoje miejsce. Przestraszona patrzę na niego, jak zaczyna kwilić z cierpienia. Natychmiast odpinam pas i biegnę z krzykiem do pomieszczenia obok. Wracam w towarzystwie lekarza, którego Justin zamówił w razie potrzeby, a on prędko przywozi wózek, na którym zawozi go do sypialni. Chcąc iść z nim, kieruję się wąskim korytarzem do pokoju na samym końcu, ale niestety. Mężczyzna zamyka mi drzwi przed nosem i nie pozwala wejść.
Opadam z bezsilności i zakrywam twarz rękami, czując, że do oczu napływają łzy. Mocno zaciskam powieki, nie pozwalając wydostać im się na zewnątrz. Prowadząc walkę, która z góry jest przegrana, zaciskam ręce w pięść i podsuwam pod podbródek kolana. Kiwam się w przód i tył i rozmyślam. Dlaczego on nadal cierpi? Jeszcze parę godzin temu był w stanie iść ze mną do łóżka, a teraz zwija się z bólu. Rozsadzają mnie wyrzuty sumienia. Co, jeśli to moja wina? Nie dopilnowałam tego, aby ciągle leżał i odpoczywał. Był taki uparty i stanowczy. Czasami aż bałam się jego tonu głosu, dlatego mu ulegałam i pozwalałam na to, co chciał. A teraz mój biedny Justin leży za tymi cholernymi drzwiami i co jakiś czas krzyczy z bólu. Gdy proszę Boga o to, aby go uzdrowił, myślę o ojcu i matce, którzy łączą się ze mną duchowo w modlitwie. Cała nasza trójka, jak i matka Justina modlą się za niego. Oby mu nic nie było.

Nagle czuję, że drzwi obok się rozsuwają. Otwieram zaspane, obolałe i sklejone od łez oczy i spoglądam w górę, mrużąc je od intensywnego światła. Jak długo spałam?
-Co z nim?- pytam, od razu wstając na proste nogi.
-Śpi. Jest padnięty. Podałem mu leki przeciwbólowe, zaczną działać do godziny czasu. Proszę dopilnować, aby pan Bieber się naprawdę nie przemęczał. Niech leży w łóżku tak często, jak to się da. Minimum tydzień bez pracy. Nie ma uszkodzeń narządów wewnętrznych, ale kawałek szkła, które wyjęliśmy z jego boku daje o sobie znać właśnie teraz. Mimo, że go tam już nie ma.- przejeżdża po kilkudniowym zaroście, widocznie mocno się nad czymś zastanawiając. Szkło w jego boku? Dlaczego nic o nim nie wiedziałam?
-Czemu nie zostałam poinformowana, że w jego organizmie było jakieś ciało obce?- warczę w stronę mężczyzny, a on prostuje się i spogląda na mnie ze spokojem w oczach.
-Pan Bieber nie pozwolił udzielić panience takiej informacji.
-Z jakiego powodu?
-Nie chciał panią zbytnio martwić. Wiedział, jak to się skończy, ale widząc panią w takim stanie, jak teraz, nie mogłem dłużej tego utajać, wiedząc że jesteście państwo razem.- nie chcąc kontynuować rozmowy ze mną, przechodzi obok i kieruje się do kabiny, w której on i reszta załogi spędza lot. Przeciągam się i wchodzę cicho do sypialni, w której leży Justin. Jest podpięty do kroplówki, jego głowa lekko przekręcona w lewą stronę, a usta rozchylone. Dlaczego on musi tak cierpieć? Nienawidzę osoby, która mu to zrobiła. Pójdzie siedzieć, oj ja już o to zadbam.
Siadam obok niego i przytulam chłodną rękę do policzka. Kiedy słyszę informacje od pilota o lądowaniu, spoglądam wystraszona w stronę szatyna. Zrywam się na proste nogi i biegnę do kadłuby pilota.
-Mogę zostać przy łóżku Justina podczas lądowania?- mrugam w stronę pierwszego pilota, a on posyła pytające spojrzenie w stronę drugiego.
-Oczywiście, tylko proszę ostrożnie, proszę pani.- mówi entuzjastycznie, a ja wracam do Justina, który przebudził się chyba przez mój głośny i gwałtowny bieg. Patrzę na niego z lekkim uśmiechem na twarzy i zajmuję wcześniejsze miejsce.
-Dlaczego mi nie powiedziałeś?- pytam cicho, całując jego dłoń.
-Nie chcę cię martwić kochanie.- szepta słabo, a do oczu napływają mi łzy. Troszczy się o mnie, a o swoje zdrowie nie potrafi zadbać. Jakież to irytujące...

Porywam klucze z blatu komody w pokoju, do torby pakuję pierwsze ciuchy, które miałam na wieszakach i kosmetyczkę, oraz inne najpotrzebniejsze mi rzeczy.
-Nie śpiesz się tak.- słyszę głos Justina i odwracam się w jego stronę.
-Jasna cholera, Bieber! Miałeś siedzieć w aucie i się z niego nie ruszać! Z tobą to gorzej niż z dzieckiem. Masz leżeć, debilu!- krzyczę, wrzucając bieliznę i zasuwając torbę.
-Nie denerwuj się, bo ci zmarszczki wyskoczą.- wystawia figlarnie język, a do sypialni wchodzi Rose. Wita się ze mną i z Justinem.
-Jadę do niego, nie wiem, kiedy wrócę, bo widzisz. Pan ofiara losu nie może sobie sam poradzić, bo spuścić na chwilę z oczu i już robi to, co nie trzeba.- warczę i omijam ją, ciągnąc delikatnie czekoladowookiego za rękę. Ostatnią rzeczą, jaką biorę ze sobą, jest kurtka, czapka oraz szalik. Tak, ta zima zapowiada się dosyć mroźnie. Otulam Justina kocem i przytulam do siebie.
-Lepiej czułbym się, gdybym to ja ciebie tak przytulał, wiesz?- chichocze, a ja wywracam oczami.
-Cieszę się, że humor dopisuje, ale to nie jest zabawne. Widziałam, co się działo w samolocie. Do powtórki z rozrywki nie dopuszczę. Możesz krzyczeć, bić, płakać, nie dopuszczę, abyś robił to, co ci nie wolno.- ściskam go mocniej i opieram głowę o jego ramię.
-Kocham cię.- słyszę naglę i unoszę wzrok w górę. -Kocham cię.- ponawia i całuje mnie delikatnie w usta, gdy winda się otwiera. Kierujemy się do wyjścia i wsiadamy do mercedesa, którym przyjechał szofer. Mkniemy do apartamentu mężczyzny, w ciszy, trzymając się za ręce i słuchając utworów dobrze nam znanego John'a Legend'y.

Balsamuję ciało i obserwuję uważnie Biebera, który również przygląda się mojej pracy. Uśmiecha się co jakiś czas, jakby knuł właśnie spisek przeciw całemu światu. Prycham i wrzucam krem do kosmetyczki. Gaszę górne światła i kieruję się w stronę łóżka. Wsuwam ostrożnie jedną nogę, a potem drugą i wyłączam również boczną lampkę.
-Tylko tyle?- pyta zaskoczony Justin, patrząc na mnie z góry. Ja wygodnie odwracam się plecami do niego i zamykam oczy, próbując iść spać. To był męczący dzień, a jutro czeka mnie praca. Nagle czuję pocałunki na swoim ramieniu i wiem, że tym razem nie ustąpi.
-Proszę cię, idź spać, w przeciwnym razie ja idę na kanapę do salonu i tam się prześpię. I tak wstaję rano do pracy.- wzdycham, a Bieber zaczyna pomrukiwać do mojego ucha.
-Jestem twoim szefem, dzwoniłem do pracy i poinformowałem o tym, że cię nie będzie. Skoro ja nie pracuję, to ty tym bardziej.- przygryza moje ucho, a ja podnoszę się do góry.
-Justin proszę. Nie będziesz mnie utrzymywał. To dla mnie ważne. Potrzebuję tej pracy, kocham pracować.- rzucam i przeczesuję swoje mokre włosy.
-Ty opiekujesz się mną, a ja opiekuję się tobą. Nie ma za co.- przyciąga mnie do siebie i opiera o swoją klatkę piersiową. Momentalnie unoszę się, nie chcąc sprawiać mu bólu. Patrzy na mnie zdezorientowany, a ja dźwigam jego t-shirt do góry. Wskazuję palcem na biały bandaż i bacznie obserwuję jego reakcję. Uśmiecha się entuzjastycznie i znów kładzie mnie na torsie.
-Gdy tak leżysz, boli znacznie mniej, kochanie.- przerywa i całuje mnie w czubek głowy. Gasi lampkę po swojej stronie i obniża się. -Dobranoc.- szepta, a ja uśmiecham się.
-Kocham cię.- i całuję go w miejsce, gdzie ma serce. Czuję, że zaczyna bić mocniej...
_________________

Okej, może nie było 15 komentarzy, ale jest weekend, a nie wiem, czy zdołam dodać rozdział w tygodniu.
Mam nadzieję, że teraz już będzie tyle komentarzy, ile mamy w umowie. :>
Chciałabym również poinformować, że na bloggerze napisałam tą historię do końca, właśnie skończyłam ostatni rozdział. Więc im szybciej będzie 15 komentarzy, tym szybciej poznacie losy bohaterów,
Nie przedłużając,

15 komentarzy= Rozdział 13

Buziaki, Claudia ♥

9.15.2014

Rozdział 11.

Siedzimy przy stoliku i jemy ostatni posiłek, który ma być na tym przyjęciu. Padam. Moje nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Są spuchnięte, obolałe i zmęczone, jak cała ja. Marzę o tym, aby je zdjąć i położyć się wygodnie pod kołderką z moim mężczyzną u boku. Pociera moje kolana co jakiś czas i bacznie mnie obserwuje. Podziwia jak najcenniejszy obraz świata, dotyka jak najkruchszą rzeźbę, dba i chroni jak jastrząb swoich dzieci. Jest moim ideałem. Najcudowniejszym człowiekiem świata, który wydaje się być tak perfekcyjny w każdym calu, że można by powiedzieć, iż nie da się bardziej. Wtedy on jednak pokazuje, że to, jaki był do tej pory, to nic w porównaniu do tego, co jeszcze ma w zanadrzu.
-Prosimy teraz, aby każdy z państwa wypisał czek, który przekaże na akcję, dla której się tutaj zebraliśmy.- rzuca do mikrofonu starsza kobieta z wieloma zmarszczkami na twarzy. Uśmiecha się ciepło do publiczności i schodzi. Patrzę nerwowo na kartkę i stwierdzam, że pięćset dolarów ode mnie wystarczy. Wpisuję liczby w odpowiednie miejsca i anonimowo wrzucam do wielkiego kartonu, który ustawiono nieopodal naszego stoliku. Justin rusza za mną i robi to samo. Chociaż w tym nie przypomina mi, że jest bogaty i to on za mnie zapłaci. Czuję ulgę.
-Wracamy?- pyta, a ja uśmiecham się lekko i całuję go w policzek. -Czyli tak?- chichocze, a ja entuzjastycznie potakuję. Żegnamy się z towarzystwem, a Mary, którą poznałam na samym początku zaczyna kierować się za nami.
-Do zobaczenia Justinku. Żegnaj Carlo.- przytula mężczyznę, a potem posyła mi dumny uśmiech. Nie rozumiejąc o co jej chodzi, ignoruję jej zachowanie i najzwyczajniej w świecie wtulam się skonana w ramię Biebera.
-Zmęczona?- unoszę wzrok w jego stronę i mrugam ciężkimi powiekami. -Tak myślałem.- wzdycha, mijając nadal czekających paparazzi. Robią nam parę zdjęć, nie pytając o zgodę, a my zasiadamy w limuzynie, która zawozi nas do hotelu. Tam wita nas dyrektor, którego rzadko można tu spotkać. Oferuje nam różne atrakcje, zupełnie za darmo, oczywiście gdy poznał nazwisko mojego chłopaka. Cóż, ciężko o nim nie słyszeć, skoro lokalne media ciągle o nim wspominają. Jest wisienką na torcie w tym ogromnym mieście.
Stojąc w windzie zamykam oczy i opieram się o lustro, które służy za ścianę windy.
-Hej, hej, hej.- woła Justin, kiedy zaczynam wirować w przód i tył. Pojmuje mnie w ramiona i unosi nad ziemię, trzymając mocno przy sobie.
-Nie ma takiej potrzeby, postoję.- mamroczę, a on zaprzecza ruchem głowy. Nie kłócąc się, po prostu zamykam oczy. Chwytam swoje obolałe stopy i zdejmuję z nich wysokie, kremowe pantofle. Czuję pulsującą krew w żyłach i oddycham z ulgom.
-O tak.. Tego mi było trzeba.- jęczę i zarzucam ręce na jego szyję. Słyszę cichy śmiech, po czym kierujemy się w stronę pokoju. 34 piętro ma to w sobie, że z niego widać całe Las Vegas. Cudowna panorama rozpościerająca się u stóp powoduje, że człowiek pragnie się zatrzymać na moment i przemyśleć to i owo. Sama chciałabym się zatrzymać w biegu i nacieszyć się tym, co jest. Mam szczęśliwą rodzinę, przyjaciółkę, którą nie oddałabym za żadne skarby, inteligentnego, romantycznego, uwodzicielskiego, ambitnego, kreatywnego chłopaka... Jestem zdrowa, mam pracę, życie, o którym mogłam tylko pomarzyć. Widzę miejsca i ludzi, których w normalnych okolicznościach nie poznałabym nigdy. Justin otwiera mi okno na świat. Pokazuje, jaki staje się ciekawy przy jego boku. Las Vegas nie interesowałby mnie tak bardzo, gdyby nie Bieber i jego cudowne pomysły na spędzanie wspólnie czasu. Nie potrafi usiedzieć w spokoju w pomieszczeniu hotelowym. Nienawidzi siedzieć. Nienawidzi odpoczywać. Brzydzi się snu. Twierdzi, że będzie mieć na to czas po śmierci. Teraz chce korzystać z życia na sto procent, brać z niego to, co najlepsze. A ja chcę mu w tym towarzyszyć. Zwarta i gotowa, na zawsze przy nim. Chcę być jego kobietą, o której marzył, którą będzie bezgranicznie kochać, a ja będę kochać jego.
-Dobranoc skarbie.- szepta, kiedy wchodzimy do sypialni. Kładzie delikatnie na łóżku i zdejmuje sukienkę. Rzuca ją na bok i patrzy uważnie na mnie. Widząc dodatki, również je odkłada na stolik nocny i idzie do łazienki po jakieś przedmioty, z którymi wraca po chwili i kładzie tam, gdzie biżuterię.
-Jesteś w stanie iść do toalety, czy nie?- pyta, a ja wzruszam ramionami.
-Zdołam iść wziąć prysznic.- zrzucam z siebie kołdrę i chwiejnym krokiem ruszam do pomieszczenia obok. Głowa zaczyna mnie strasznie boleć, mimo tego, że nic nie wypiłam. Zrzucam z siebie bieliznę i wchodzę pod prysznic, otulając się gorącą wodą. Po pięciu minutach owijam ciało szlafrokiem i wychodzę do sypialni. Rozglądam się w poszukiwaniu mężczyzny, lecz nigdzie go nie widzę. Idę więc do komody i wyjmuję z niej bieliznę. Upewniając się, że w pobliżu nie ma Justina, zrzucam z siebie miękki materiał i natychmiast wsuwam na siebie idealnie pasujące, koronkowe majteczki, które nie zasłaniają zbyt dużo... 'Oh, nazywaj rzeczy po imieniu. Nie jesteś dzieckiem, MacCartney! To stringi!' krzyczy na mnie podświadomość, a ja wywracam z irytacją oczami. Zapinam biustonosz, który jest w komplecie i wdrapuję się na łóżko, otulając się ciepłym materiałem. Jestem na tyle zmęczona, że nie mam sił iść i sprawdzić, gdzie obecnie jest Justin. Przekręcam się na drugą stronę, aby wyjrzeć przez okno i napotykam Biebera.
-O mój boże, co ty tutaj robisz?- pytam zszokowana, a on uśmiecha się triumfalnie. -Jak długo tutaj jesteś?- dopytuję, ale on nadal milczy.-Odpowiadaj na moje pytania!
-Wystarczająco długo, żeby widzieć cię nago.- wystawia język jak nastolatek, a moja twarz robi się czerwona jak bielizna.
-Super, extra, dobrze. Idę spać, dobranoc.- całuję go szybko i wtulam się w poduszkę. Gdybym przytuliła się do niego, zapewne nie skończyło by się to snem, o którym teraz marzę. Oj nie, to nie byłoby zgodne z moimi teraźniejszymi pragnieniami. Zamykam oczy i usypiam ze świadomością, że mężczyzna leżący obok oświadczył mi, że mnie kocha. Czy ja darzę go tym samym uczuciem? Owszem, teraz jestem tego równie pewna, jak tego, że jestem istotą ludzką, która żyje dzięki tlenu, a bez niego umiera... Moim tlenem jest Justin, bez niego nie wiem, jak żyć i iść dalej.

Punktualnie w samo południe puka do nas obsługa. Wiercę się na łóżku i mrużę oczy, aby sprawdzić, czy Justin również się obudził. Jego niestety nie ma w łóżku. Zamiast tego znajduję karteczkę. Otwieram ją i zaczynam czytać korespondencję, którą zaadresowano do mnie.

Droga Carlo,
Wiem, że nie będziesz zadowolona z tego, że nie ma mnie przy Twoim boku, gdy otworzyłaś oczy, ale niestety, sprawy, które muszę pozałatwiać nie dają mi żyć. Będę do godziny czternastej, jeśli nic mnie nie zatrzyma. Nie mogę się doczekać, aby Cię zobaczyć. Tęsknię i kocham. 
Twój Justin.

Oh, ciekawe co to za spotkanie. Wyrzucając kolejne irytujące pytania, postanawiam iść otworzyć obsłudze. Zakładam szlafrok, który leży nieopodal łóżka i wychodzę na hol. Kieruję się w stronę drzwi i otwieram je. Recepcjonistka wpada jak oparzona, mając pobladły wyraz twarzy. Ta na ogół opanowana kobieta jest przerażona. Czyżby się coś stało?
-Tak?- pytam, a ona zdenerwowana zaczyna oblizywać usta.
-Pan Bieber miał wypadek. Leży w St. Rose Dominican, proszę pani. Zamówić taksówkę, która dowiezie na miejsce?- otwieram szeroko oczy, w których gromadzą się łzy. 
-Tak, błagam. Najszybciej, jak się da.- warczę, a ona wychodzi z pomieszczenia i na swoich wysokich obcasach biegnie do windy. Chwilę potem znika za jej drzwiami, a ja głośno trzaskam drzwiami. Pośpiesznie udaję się do sypialni i zakładam jeansy, prostą, białą bluzeczkę, kurtkę zimową, szalik i wiążę buty. Gotowa chwytam portfel, telefon i kartę od pokoju. Wychodzę i zamykam je, a potem udaję się na dół.

Wbiegam do recepcji, rzucam nazwiskiem mężczyzny, a kobieta wskazuje palcem na salę, znajdującą się na samym końcu. Biegnę w ich stronę i wpadam do białego pomieszczenia. Zalana łzami kieruję się do łóżka, na którym leży Justin. Chwytam jego zimną dłoń i przystawiam do policzka. Szlocham i całuję każdy jej skrawek. Nagle wchodzi lekarz. Patrzy na mnie pytająco, a ja ocieram zapłakane oczy, aby móc lepiej go widzieć.
-Dzień dobry, nazywam się Robin Wesley. Pani jest..
-Jego dziewczyną.- szybko dukam, a on zerka do karty pacjenta.
-Więc... Pani chłopak miał wypadek. Jego stan można określić jako stabilny. Jeśli wybudzi się dzisiejszego dnia, to już pojutrze możemy go wypisać.- oznajmia z pocieszającym wyrazem twarzy. Patrzę blado na niego i mrugam zdezorientowana.
-Co się dokładnie stało? Czy z nim wszystko w porządku? Żadnych poważniejszych obrażeń?- wypytuję, a on znów wlepia wzrok w kartkę papieru na tekturowej podkładce.
-Auto, w którym znajdował się pan Bieber jechało przez światła, a jakaś kobieta nie zdążyła wyhamować i zderzyła się z nią. Justin miał na tyle szczęścia, że siedział po drugiej stronie auta, w przeciwnym razie nie wiem, czy byłby tutaj jeszcze z nami.- a po moich policzkach płyną kolejne łzy. Tak blisko było od jego śmierci, tak łatwo mogłam go stracić. -Jest tylko poturbowany. Na jego ciele widzieliśmy lekkie siniaki od pasów, które zabezpieczyły go w dużej mierze. Zemdlał, dlatego przewieziono go tutaj, ma obdrapany lewy bok, ale ogólnie rzecz biorąc, jest dobrze, nawet bardzo. No, ale jak mówiłem, miał bardzo dużo szczęścia.- podkreśla ostatnie zdanie, a ja potakuję wolno. Przytulam jego dłoń do twarzy i mocno całuję.  -Jeśli nie ma pani więcej pytań, to ja zostawię panią samą.- potakuję, a on zgodnie wychodzi z pomieszczenia. Wlepiam wzrok w bladą twarz Justina. Wolną ręką przejeżdżam po policzkach z nadzieją, że poczuję ciepło, które zawsze od niego biło. Z rozczarowaniem opuszczam ją na jego klatkę piersiową. 
-Boże, Justin, tak bardzo cię kocham. Nie wiem, jak dałabym sobie bez ciebie radę.- wyszeptuję, gdy do sali wbiega jakiś mężczyzna. Skądś go znam...
-Synu!- woła przejęty i podbiega do łóżka, patrzy na niego, a krew zaczyna mu odpływać z twarzy. -Rany boskie, co mu się stało?- krzyczy, nie zwracając na mnie uwagi. Widząc moją dłoń na jego, podnosi wzrok na moją osobę.
-Ty jesteś Carla, prawda?- pyta, a ja szybko potakuję. -To o tobie mi tyle opowiadał..- mruczy, jakby do siebie. -Przepraszam, za moją kulturę. Jestem Jeremy, tata Justina.- wyciąga w moją stronę rękę. Ja wstaję na proste nogi i ją ściskam, chwilę potem znów siadając na miejscu i wpatrując się w mężczyznę. Nagle jego powieki zaczynają się ruszać, mruży oczy pod wpływem ostrego światła i rusza delikatnie palcami. 
-Panie doktorze!- wołam głośno, a do sali wbiega czworo lekarzy. Wypraszają nas z pomieszczenia, a my posłusznie wychodzimy.
-Co się stało?- pyta zaskoczony, z zakłopotaniem malującym się na twarzy.
-Byli na krzyżówce, jakaś kobieta nie wyhamowała i na szczęście Justina, uderzyła w drugi bok auta, bo gdyby on się znajdował tam, gdzie doszło do zderzenia, to byłoby po nim...- szepczę, siadając na krześle. Znów do oczu napływają łzy. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Za bardzo przyzwyczaiłam się do jego obecności, za bardzo mi na nim zależy, ZA BARDZO GO KOCHAM... 
__________
Oto kolejny rozdział. Hm... Jak zapowiadałam, coś się dzieje.
Myślę, że rozdział nie jest najgorszy, ale mógłby być lepszy.
Dziękuję, że spełniacie "swoje obowiązki" i pod ostatnim rozdziałem pojawiło się 15 komentarzy. Zasada taka sama, jak będzie znów tyle komentarzy (tak, piętnaście) to pojawi się dwunasty rozdział. :)
Przynajmniej mam więcej czasu na to, żeby napisać kolejne.
Okej, nie przedłużając:

15 komentarzy = 12 rozdział.
Buziaki, Klaudia. ♥

9.12.2014

Rozdział 10.

Wsiadamy do limuzyny, która stoi przed hotelem. Oboje ubrani jesteśmy w eleganckie kreacje. Ja w krótką, dopasowaną sukienkę z całkowicie odkrytymi plecami, Justin w szykowny garnitur, z krawatem pod kolor tkaniny na moim ciele. Rumienię się, czując spojrzenie mężczyzny na sobie. Zasiadam wygodnie na skórzanym fotelu, a miejsce obok zajmuje Bieber. Przygryzam dolną wargę i uspokajam się, aby nie czuć zdenerwowania.
-Wszystko w porządku?- pyta, chwytając moją dłoń. Przytakuję i pochylam się w jego kierunku, aby pocałować go w skroń. Na jego twarzy maluje się delikatny uśmiech, a oczy robią się ciepłe, ciemniejsze i energetyczne. 
-Gdzie jedziemy?- pytam, patrząc przez szybę na panoramę miasta. W aucie jest przyjemnie, natomiast na dworze jest zimno, przez zbliżającą się zimę. Nie zabrałam płaszcza, ponieważ jest mi nadzwyczaj gorąco. Nie pomyślałam niestety o powrocie i o tym, że może mi być wtedy wyjątkowo zimno.
-Charytatywna impreza na rzecz największego na świecie domu dziecka. Pieniądze przeznaczone są na remont tego miejsca.- wyjaśnia wolno, jakby się nad czymś zastanawiał. Potrząsa głową chcąc wyrzucić tą myśl i patrzy na mnie. Na mojej twarzy maluje się lekki uśmiech. Nie jestem na tyle bogata, aby pomóc w jakiś dużych kwotach, ale na pewno pomogę. Siedzimy w ciszy i spoglądamy na widoki, które mijamy.
Wreszcie zatrzymujemy się przy ogromnej restauracji. Przed wejściem rozpościera się czerwony, szeroki dywan, jest pełno dziennikarzy, fotografów i nawet stacje telewizyjne, które relacjonują tą imprezę na żywo. Limuzyna zatrzymuje się przed dywanem, a Justin spogląda na mnie.
-Chyba jednak wolę wrócić do hotelu.- burczę, kiedy mój żołądek skręca się ze stresu.
-Nie zostawisz mnie chyba tutaj, co?- robi minę zbitego psiaka, a ja osuwam się na miejscu. -No weź. Nie będzie tak źle. Posiedzimy trochę, wpłacę parę tysięcy na akcje i wrócimy.
-Nie o to chodzi. Ja się stresuję, bo nie miałam kontaktu z takimi rzeczami. Paparazzi, którzy robią nam zdjęcia? Na prawdę? To nie mój świat.- wzdycham, spoglądając na splecione ręce. Chwyta je i przystawia do twarzy.
-Zrób to, dla mnie.- szepta, a ja nie mogąc się powstrzymać, zgadzam się i wysiadam z samochodu. Powoli uspokajając swoje nerwy. 'Jak się nie otrząśniesz MacCartney, jutro będą pisać, że Justin ma dziewczynę, której nogi trzęsą się jak galaretka!' krzyczy mózg, a ja zaczerpuję powoli powietrza. Bieber chwyta mnie pod ramię i trzymając nadal za rękę, idziemy do wejścia. Parę fotografów prosi o zdjęcia, więc Justin się zgadza i spogląda na mnie. Ja również lekko potakuję i słabo uśmiecham się do aparatu. To nie mój dzień...
Siadamy przy dużym, okrągłym stole. Na nim stoją karteczki z nazwiskami przy odpowiednim miejscu. Zajmuję miejsce przy Justinie, obok zaś zasiada wysoka, szczupła, piękna kobieta. 
-Justin!- woła radośnie i patrzy na niego. Podchodzi i mocno go przytula, a on odwzajemnia jej gest. Zaczynają prowadzić intensywną rozmowę, a ja upijam wodę ze szklanki, chcąc się uspokoić. To miejsce jest pełne przepychu. Nad nami wiszą bogato zdobione, kryształowe żyrandole, klamki są ze złota, obrazy warte parę milionów dolarów, ślicznie udekorowane stoły, okryte śnieżnobiałymi obrusami. Oh, to nie dla mnie. Nie pasuję tu. Nawet nie wiem, jak się zachowywać. 
-Poznaj, Mary, moją dziewczynę-Carly.- wskazuje na mnie, a ja sztywnieję. Odwracam się wolno i spoglądam na kobietę. Posyła mi ciepły uśmiech. Wstaję więc na proste nogi, prawie ich nie czując od wysokiego obcasa. 
-Witaj, jestem Mary.- ściska mi dłoń, a ja różowieję. Onieśmiela mnie swoją urodą. Ma idealnie wyregulowane brwi, piękne, śnieżnobiałe zęby, dokładnie wystrzyżone, krótkie włosy sięgające do ucha oraz piękną biżuterię, która mieni się w świetle. Dopasowana sukienka do kolan uwydatnia jej krągłości, pokazując jak bardzo jest szczupła.
-A ja Carla, ale zapewne zdążyłaś się już dowiedzieć.- rzucam i patrzę na dumnego Biebera, który obserwuje mnie od dłuższej chwili. Kobieta przygląda mi się dokładnie, pisząc w myślach sprawozdanie na mój temat. Nie chcę wiedzieć, co ona o mnie myśli...
-Justin dużo o tobie opowiadał.- przyznaje, a ja unoszę zdziwiona brew. Znów patrzę na mężczyznę, a on spuszcza wzrok w dół. -Ale może o tym porozmawiamy same, bo nie chcę go bardziej zawstydzać.- rzuca, a ja mrugam w jej stronę. Okej, co się dzieje i kim jest ta kobieta?
Impreza zaczyna się rozkręcać. Wszyscy goście już są, a na stołach zawitały pierwsze potrawy. Przede mną postawiono stek z krokodyla, czyli krokodyl w pikantnych przyprawach podany z risotto z dzikiego ryżu z pomidorami i kolendrą, polane pikantnym sosem paprykowym. Patrzę oszołomiona na talerz i nie mogę uwierzyć w to, co leży na nim.
-Krokodyl? Przecież te zwierzęta są pod ochroną.- mruczę, a Justin spogląda na mnie.
-Życzysz sobie coś innego?- pyta, a ja różowieję.
-Podziękuję za przystawkę, nie chcę robić zamieszania. Jeśli kolejny posiłek będzie ze zwierzęcia, które nie jest pod ochroną, to na pewno zjem.- mówię, a on prycha cichym śmiechem i wbija nóż w mięso. Przekraja ja i je.
-Spróbuj, na prawdę pyszne.- szepcze do ucha, a ja patrzę na apetycznie podane danie. Zrezygnowana postanawiam je zjeść, ponieważ mój brzuch zaczyna grać melodie podobną do Beethoven'a. Po skończonym posiłku zsuwam się całkowicie zmęczona z miejsca. 
-Zatańczysz, młoda damo?- słyszę męski głos za sobą i leniwie spoglądam w jego kierunku.
-Patric?- wołam zaskoczona widząc mężczyznę, którego poznałam w kasynie, kiedy byliśmy tutaj po raz pierwszy. Przytakuje zadowolony z faktu, że zapamiętałam jego imię.
-To jak, Carlo, uraczysz mnie tańcem?- spoglądam niepewnie na Justina, który widać dusi chłopaka na odległość. 
-Myślę, że jeden taniec nie zaszkodzi.- rzucam i odsuwam się na krześle. Podciął włosy. Ostatnio miał je długie, opadające na oczy, a teraz są krótkie, postawione na żel, podobnie do Justina. Chwytam dłoń i ruszam z nim na parkiet. Twoje szczęście, Justin by cię zabił, gdybyś położył ją niżej.' myślę i zaczynamy się poruszać w rytmach piosenki John'a Legend'a "You&I" Kątem oka spoglądam na Biebera, który siedzi przy stoliku i bacznie mnie obserwuje. Obok niego pojawiają się jakieś kobiety, które próbują go zagadać, ale on widocznie nie zainteresowany, ciągle patrzy na nas. Kończy się piosenka i już wyrywam się z ramion chłopaka, kiedy on znów przysuwa mnie do siebie.
Kładę rękę na jego ramieniu, a on swoją przy łopatkach. 
-Jeszcze jeden, proszę.- szepcze, a z głośników zaczyna płynąć smutna ballada.
-Nie tym razem.- uśmiecham się serdecznie i wracam do stolika. Mężczyzna spogląda mi w oczy i jest śmiertelnie poważny. Zrobiłam coś nie tak?
-Zatańcz ze mną.- słyszę, gdy upijam łyk wody. Mrugam na Justina. -Zatańcz, proszę.- mówi, jakby był najsmutniejszym człowiekiem na świecie. Przytakuję szybko i obejmuję jego dłoń. Kierujemy się na parkiet, a on znika na moment, po czym piosenka zostaje przerwana, a na scenę wychodzi sam John Legend. Puka palcem w mikrofon i przeczesuje wzrokiem przez publiczność. Wita nas serdecznie i przedstawia się.
-Zostałem zaproszony tutaj przez samego Justina Biebera. Nie mogłem odmówić, ponieważ ta impreza ma na celu zebrać jak najwięcej pieniędzy na odnowę domu dziecka w Nepalu. A teraz zapraszam tutaj pana Justina, który chciałby coś powiedzieć.- chłopak całuje mnie w skroń i rusza, przedzierając się przez tłum na środek. Wchodzi po schodkach i uśmiecha się ciepło do wszystkich.
-Cóż, sprowadziłem tutaj tego uzdolnionego człowieka, ponieważ uważam, że ma niesamowity talent. Jego piosenki są prawdziwe, opowiadają o miłości, która gości w moim sercu, ale i nie tylko o tym. Mam nadzieję, że utwór, który zaraz zagra, będzie przeznaczony dla tych, którzy są tutaj ze swoją drugą połówką. Kochajmy się i wspierajmy biedniejszych. Uczyńmy świat lepszym. Dziękuję, udanego wieczoru.- na sali rozbrzmiewają się oklaski, a Bieber kieruje się do mnie. Całuje mnie w usta, trzymając mocno w tali, jakby bał się, że ktoś może mu mnie zabrać. Odpowiadam na jego ruch i chwytam go za kark, przysuwając jeszcze bliżej. I nagle zaczyna płynąć piękna melodia jednego z utworów John'a. Przytulam się do niego i zaczynamy się kołysać w rytmach All of me. 
-'Cause all of me loves all of you.- śpiewa mężczyzna, a ja wzdycham cicho. Czuję, że ramiona Biebera zaciskają się jeszcze mocniej, kiedy piosenkarz mówi o mężczyźnie, który będzie ciągle przy mnie, mimo przytłaczającego świata i moich humorków.
-Kocham cię, Carlo. Na prawdę cię kocham.- szepcze, kiedy wtula się jeszcze mocniej. Tracę oddech i z niedowierzaniem otwieram szerzej oczy. Ten człowiek powiedział, że mnie kocha... Pierwszy raz od niego to usłyszałam. Przez trzy miesiące naszego związku ciągle wspominał o tym, że czuje coś, co rozrywa jego duszę, gdy nie ma mnie przy nim, a jak już jestem, to skleja się w całość i tryska z niego energia. Nie sądziłam, że kiedykolwiek usłyszę takie słowa od niesamowicie inteligentnego człowieka, bogatego, miłego, romantycznego... Oh, losie! Mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale po co, skoro dobrze wiem, jaki on jest. Uświadamiać ani utwierdzać się w tym nie muszę. Ujęłam jego twarz i spojrzałam mu prosto w oczy. I one przepełnione były tym uczuciem. Pod moimi powiekami zaczęły gromadzić się słone krople, które chwilę później spływały po policzkach.
-Kochanie..- szepcze, przytulając mocniej. -Nie płacz...- a ja tonę. Odlatuję z tego świata, zamykam się we własnej bańce razem z nim. Nic już się tutaj nie liczy, nie interesuje mnie to, że obserwuje nas co druga para na sali, że niektórzy głośno o nas dyskutują, z ust padają różne opinie. To nie ważne. Teraz trwam z nim w objęciach i cała reszta nie istnieje...
_______________________________

Tadam! Ale mnie zaskakujecie! Tak szybko 10 komentarzy, nie no! Na prawdę Was podziwiam, dlatego ZNOWU muszę podnieść poprzeczkę.. Teraz będzie na prawdę ciężko, więc mam dużo czasu na pisanie rozdziałów... haha ;)
Dziękuję za wszystkie opinie, które zostawiliście pod ostatnim postem. Przybyło znów czytelników, których serdecznie witam na blogu. :)
A teraz bardzo ważna sprawa....
15 komentarzy = 11 rozdział
może dacie radę...
hahaha wierzę w Was!
Do następnego, kochająca Was Klaudia. ;*